Pierwszy start w sezonie dla mnie zawsze jest trudny. Ale świetnie mobilizuje mnie do bycia non stop aktywnym, bo higienicznego życia, pływania, biegania, śmiagania na rowerze. Pilnowania od 4 lat każdego kilograma. Dziś jest sprawdzian tego wszystkiego, choć nie jest to dla mnie komfortowe. Tak, nadal nie wyleczyłem się z agorafobii, jednak obiecałem przed rokiem, że już nie będę poruszać tego tematu, dla chętnych wrzucam link do rozwinięcia tego problemu w rogu ekranu.

W wodzie spędziłem 9 minut przepływając 450 metrów, wbiegam do strefy po rower. Dziś debiutuje niebieski Pan Wąs, który pomoże mi odrobić straty pierwszego etapu. 

Trasa jest bardzo techniczna. Wiele tutaj zakrętów, nawrtów i ponad 200 metrów wzniosu. Tutaj nie będzie rekodrów średnich, ale maszyna czasowa i tak da mi trochę przewagi. Myślę, że spokojnie zaoszczędzę 2, może 4 minuty na 22 km. 

Przez ostatnie miesiące starałem się poprawić technikę, fitting i moc. To czego mi brakuje to koncentracja na równym oddawaniu mocy. Stres dodatkowo jeszcze podbił mi tętno do ponad 170. Na treningach w tych warunkach powinno być ono o 10 niższe. 

Na początku nie pomaga też wiatr, ale po 10 km udaje mi się zejść poniżej progu, żeby nie spalić przed biegiem. Pamiętam o piciu. Na starty sypię do bidonu kofeinę z tauryną i elektrolitami. Staram się nie popełniać błędów z przeszłości i znajdować czas na ich uzupełnienie, bo inaczej na bieganiu można się naprawdę zdziwić. 

M.in. że względu na moje nogi staram się przed ostatnim etapem trzymać wysoką kadencję, patrzeć daleko do przodu, na ile tylko umiem technicznie pokonywać wiraże i odrobić tylko tyle ile się da.    

Nie wiem jakim cudem, ale udało mi się przeskoczyć o 71 pozycji, ukończyłem jazdę w 36 minut z prędkością średnią 37,5. 

Będąc w siodle nie dałbym sobie tyle.

Nadchodzi druga zmiana.

Kask, buty, numer i 5 km biegu trzymając tempo 4:30. To daje 23 minuty truchtu z którego średnio jestem zadowolony, bo nie docisnąłem końcówki, tuż przed samą metą, jednak i tak nie jest źle. 

Na dywanie jestem w sumie po 73 minutach. 33 na 163 zawodników i 7 w swojej kategorii wiekowej. 

Jednak nawet nie wiecie jak bardzo nie ma to znaczenia. Kiedyś bardziej próbowałem się porównywać i myśleć ile rzeczy poszło nie tak. 

Dziś jestem po prostu szczęsliwy, że jestem, że Wy jesteście, że mam dwie nogi, dwie ręce i mogę robić to co kocham w otoczeniu takich ludzi. Nawet nie wiecie ile dzisiaj otrzymałem bezinteresownego wsparcia, małych gestów, pomocy, dopingu, dobra. 

Tu nikt nie pyta o pozycję, nikt się nie porównuje, bo triathlon to dyscyplina nas samych. Pojedynek ze słabościami. Bez względu na poziom doświadczenia, staż. Dlatego warto próbować i przekonać się jaki to wyrzut serotoniny. Co się czuje na mecie. Tym więcej im było trudniej. Im więcej wyrzeczeń, pokonanych barier i strachu. Często tylko my sami wiemy ile nas kosztowało dobiegnięcie do mety. i jak często w niektórych chwilach ciężko o uśmiech. 

Jednak warto, nigdy nie żałowałem ani jednego startu, nawet w najgorszy mój dzień. Pomimo zmęczenia czuję się naładowany pod korek energią i motywacją do tego, aby osiągnąć swój kolejny cel. Cel, którego dzisiaj wbrew pozorom nie zrealizowałem, jednak to tylko liczby. Będę miał jeszcze nie jedną okazję spróbować zmierzyć się z nimi. Może kiedyś się uda. A jeśli nie to i tak zostanie we mnie to co najcenniejsze. Wspaniali ludzie i zastrzyk hormonów szcześcia, które poprzez sport odmieniają mój każdy dzień. 

Prawie.PRO Made in Poland

-10%
269,00 
49,99 
84,99 
89,99 
279,99 
-20%
42,99 
319,99 

Poznaj kolekcję Prawie.PRO

Przeczytaj również:

Instagram Prawie.PRO

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *