Leszek Prawie.PRO
Leszek Prawie.PRO
Wracam po obozie Prawie.PRO Tour i zawodach triathlonowych. Jak wrażenia? (37)
/

Opowiadam o swoich wrażeniach po ostatnich dwóch imprezach w których brałem udział.

Jeśli ten podcast okazał się dla Ciebie przydatny, a chcesz wesprzeć moją działalność to zapraszam do mojego sklepu na https://www.prawie.pro oraz Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/

Cześć.

Tutaj Leszek.

Raportuję realizację wakacji, sezonu letniego, w sposób absolutnie wyjątkowy, taki, o jakim marzyłem przez ostatnie trzy lata. Wiem, że mam przez to zaległości na podcaście, mam też odrobinę zaległości na You Tubie, ale co najmniej raz na tydzień staram się wrzucać nowe wideo, które, tak jakby ze mną, uczestniczy w tym, co aktualnie się u mnie dzieje.

Zapomniałem się Wam pochwalić, właśnie tutaj, gdziekolwiek mnie słuchacie, tym, że mieliśmy okazję wspólnie, bardzo fajną, dziesięcioosobową grupą pojechać do Rytra, jeździć przez trzy dni po górach, gdzie na zmianę było słońce i deszcz, zjazdy i podjazdy. Okazało się, że jednak góry to jest fantastyczne miejsce do szlifowania formy, tym bardziej, jeżeli robimy to w gronie ludzi, którzy, chyba jak zawsze, przy okazji każdego Prawie.Pro Touru, tego wyjazdowego i tego nie wyjazdowego, jednodniowego, są jak grupa najlepszych przyjaciół, i to po kilku minutach. To jest niesamowite, że wszyscy nadajemy na jednych falach i dlatego strasznie się cieszę, że udaje nam się budować taką społeczność, która jest zupełnie inaczej kojarzona niż w przypadku, takiego ortodoksyjnego kolarstwa szosowego, czy takiego ortodoksyjnego triathlonu, gdzie to bardzo często ludzi się porównuje, wytyka za wygląd, umiejętności, poziom doświadczenia czy też mocy.

Tymi wszystkimi działaniami, chcę udowadniać przez cały czas to, że w sporcie, przynajmniej moim zdaniem, najważniejsze jest głowa i serce a dopiero potem cała reszta. Potem będzie siła generowana w nogach, potem będzie wygląd, potem będzie klasa roweru, bo to nie jest najważniejsze w tym wszystkim. Mam też często wrażenie, że wspólnym mianownikiem każdego z nas jest właśnie, takie emocjonalne podejście do sportu i do kolarstwa szosowego, i że nie jest najważniejsze to, jakimi liczbami możemy się pochwalić na Stravie. Próbować każdy może i nikt nie będzie ganiony za to, że próbuje. To też jest fajne miejsce do wymiany różnych doświadczeń. Każdy taki wyjazd, każde takie spotkanie, każda taka ustawka, bez względu na to, czy jest organizowana w Warszawie, w Rytrze, w Bydgoszczy czy, także wkrótce, w północnej Polsce oraz Gliwicach, to jest poligon wymiany doświadczeń. Każde takie spotkanie, dla każdej osoby to będzie nauczenie się czegoś zupełnie nowego, jakiejś jednej, choćby najmniejszej rzeczy. Coś można u kogoś podpatrzeć, można mieć kolejne fantastyczne doświadczenia z zakresu, chociażby, trenowania techniki jazdy, można ewentualnie wychwycić, jakie błędy my sami popełniamy. Każdy je popełnia, bez względu na lata i kilometry doświadczenia.

Ja się zawsze strasznie cieszę na każde takie spotkanie, bo wiem, że zawsze jest fantastycznie, po prostu, jeżeli chodzi o atmosferę. Z całą resztą sami sobie poradzimy, nawet, jeżeli to będzie chociażby, zerwany łańcuch na jakimś podjeździe trochę z dala od cywilizacji w sobotę o 13.00 – przykładowo. Mieliśmy taką sytuację – to było niesamowite. Tomek – jeden z uczestników Prawie.PRO Touru, miał to nieszczęście, że złamał łańcuch w trakcie operowania biegami. Pierwsza moja myśl była: kurcze, co my zrobimy teraz? Co my zrobimy? Potem pomyślałem sobie, że, OK, mogło być dużo gorzej, a potem żałowałem, że nie mam ze sobą łańcucha, który wożę w samochodzie, właśnie na taką okoliczność. Potem zacząłem się zastanawiać, jak daleko jest do najbliższego sklepu rowerowego, i czy będzie dało się w nim kupić łańcuch 11 rzędowy, bo to nie jest wcale takie oczywiste. Okazało się, że 8 km od nas jest, na szczęście, sklep rowerowy, w którym jest łańcuch, okazało się też, że możemy zamówić taksówkę, która pojechała po Tomka, i wróciła. Udało się wymienić ten łańcuch i pojechaliśmy dalej, z uśmiechem na twarzy, chociaż ja się na początku troszeczkę zestresowałem i zdenerwowałem na tą sytuację, no, bo w końcu, ja jestem organizatorem, ja muszę to ogarnąć. No przecież nie możemy nikogo zostawić po drodze, zwłaszcza, jeśli mamy do przejechania danego dnia 100 km. Szczerze obstawiałem, że się już nie uda tego dnia dokończyć zaplanowanej trasy. Ale się udało, i naprawdę z uśmiechem. Nikt do nikogo nie miał pretensji, bo tego typu sytuacje się zdarzają. Mogą to być defekty techniczne, mogą to być kontuzje, które się zdarzą. Wszystko to jest kwestia statystyki, tak mi się wydaje. Raz na jakiś czas musi coś pójść nie tak, ważne jest, żeby być przygotowanym na taką ewentualność i w miarę możliwości, nie podlegać samemu, albo nie pretendować się do tego, żeby zostać elementem tej statystyki, cokolwiek by to miało być.

I tego się też uczę na tego typu wyjazdach, i dla mnie rola organizatora czegokolwiek, z jednej strony jest stresująca, ale z drugiej strony, daje mi niesamowitą satysfakcję. Jakby mi ktoś powiedział trzy lata temu powiedział, że będę się zajmować organizacją wyjazdów, to chyba naprawdę bym umarł ze śmiechu. Nie wiem, czy zdążyłbym pobiec się wysikać. Serio. Strasznie się w życiu dużo zmienia, czasami z miesiąca na miesiąc, czasami z roku na rok. Wielokrotnie, w ramach tego podcastu mówiłem Wam, że nie ma, co za bardzo wybiegać myślami w przyszłość, bo i tak los, za zwyczaj, ma swój własny plan, którego absolutnie się nie spodziewamy. Często złe doświadczenia będą przekuwać się w największe sukcesy. Tak czasami też bywa w moim przypadku. Może nie w największe, ale z punktu widzenia mojej satysfakcji, z tego, czym się zajmuję, i z punktu widzenia tego sportowego, czasami udaje się, przez przypadek, osiągnąć jakiś sukces, którego nie planowałem.

Miałem też okazję, w ubiegły weekend, starować w Skierniewicach, na triathlonie, to była 1/8, jednocześnie pierwsze zawody w sezonie 2021. Miałem na celu startować wcześniej, ale nie zdążyłem się przygotować, były też dosyć słabe warunki, jeżeli chodzi o trenowanie open water. Już na samym początku, myśląc o pierwszym tygodniu czerwca, myślałem sobie, że nie jestem do końca pewien, czy zdążę się przygotować do tego triathlonu, jeżeli chodzi o pływanie, tym bardziej, że nie chodziłem na basen zimą, czego troszeczkę żałuję. Do tego wszystkiego doszedł mój, niestety, osobisty Covid, który mnie wykluczył ze startu w duathlonie i wystartowałem tak, jak co roku. Aktualnie teraz w Skierniewicach z początkiem lipca. Początek lipca to jest dla mnie dobry moment na rozpoczęcie sezonu triathlonowego, albo ewentualnie końcówka czerwca, w zależności, od sytuacji pogodowej, od temperatury wody, od tego, czy po drodze nie przypałęta się do mnie jakieś dziadostwo.

W każdym razie, to była naprawdę fajna impreza. Z pływaniem było nienajgorzej. W tym przypadku udało mi się już troszeczkę bardziej oswoić właśnie w tym roku – rozpływać, zaadoptować swoją głowę i myśli do otwartej wody, bo to mi zajmuje zbyt dużo czasu. Żeby w sposób odpowiedzialny wystartować w tego typu imprezie, na której jest pływanie open water, muszę być bardzo dobrze rozpływany, bo inaczej będę znowu walczyć z atakami paniki na środku jeziora. Więc z tego względu pojawiło się to opóźnienie a plany miałem troszeczkę inne, żeby pierwszy triathlon zrobić dużo, dużo wcześniej. Nie mówię już o duathlonie, z którego, po prostu, musiałem z dnia na dzień zrezygnować, ze względu na to, że dostałem pozytywny wynik testu, o czym być może, wiecie.

Wyniki w tym roku, jeżeli chodzi o 1/8, były raczej standardowe. Dużo zależy od lokalizacji, dużo zależy od tego, jak długi jest dobieg do strefy zmian, ile trzeba przebiec, na przykład, w piance po wyjściu z wody biegnąc po rower, jak jest ukształtowany teren, tego nie da się porównać jeden do jeden. Tak samo jak, jeden do jeden, nie da się porównać czasu na trasach kolarskich, bo w każdym mieście ona wygląda inaczej. Tu jest więcej zakrętów, tu jest więcej przewyższeń, tutaj bardziej wiało, tutaj mniej wiało. Suma summarum, udało mi się całe zawody skończyć z wynikiem 72 min. To jest wynik powtarzalny u mnie. Mniej więcej godzina 10, godzina 15, właśnie w zależności od miasta, udaje mi się skończyć tego typu potyczkę. Na rower miałem taki pomysł, żeby mniej więcej trzymać się tych 260 – 270 W.

To był zarazem mój drugi start w życiu na TT i pierwszy start na niebieskim Giancie, który mi ufundowała mama, za co ogromne dzięki. Mam ogromną radość z tego roweru, pomimo tego, że to jest mój pierwszy w życiu rower używany, ale był kupiony w niezwykle dobrym stanie. Zaleta roweru używanego jest taka, że przynajmniej był dostępny, bo aktualnie zakupienie nowego roweru triathlonowego wcale nie będzie takie łatwe, tym bardziej, jeżeli szukacie niebieskiego, albo dostajecie termin na 2023 r.

Na rynku używanych często pojawiają się, różnego rodzaju „okazje”, ale pieniądze, które wydałem za ten rower nie były aż tak ogromne, ponieważ ta maszyna, jako nowa kosztowała w okolicach 16 000 zł. Mi bez kół, czyli sama rama i osprzęt, wyszło, mniej więcej 9 000 zł i moim zdaniem, są to bardzo dobrze wydane pieniądze. Rower daje mi ogromną satysfakcję, bardzo mi się podoba, jest trochę szybszy od szosy, nawet na takim sprincie, czego bym się aż tak bardzo nie spodziewał. Różnice, jeżeli chodzi o przelotowe prędkości, to tak 1 – 2 km/h, o wiele lepsza stylówka, bardziej profesjonalna, do tego kask areo i można jechać.

To jest kolejne, jakieś tam moje małe marzenie i dlatego dziękuję mamie, że mi pomogła w zakupie tego roweru i cieszę się, że rodzice podzielają tę moją pasję. Bardzo się cieszę z tego, że podczas tych startów triathlonowych jest tylu kibiców, i też niektórych, którzy mnie, w jakiś sposób rozpoznają. Znają moje dobre i złe strony, wiedzą, kiedy potrzebuję dużo tego wsparcia, kiedy walczę, chociażby, z tym lękiem prze otwartą wodą, gdzie to właśnie w samej wodzie, na etapie pływackim, od innych zawodników mogę liczyć na wsparcie. To jest wspaniałe. To jest super. Miałem okazję w dwóch odcinkach mojego wideo w formie relacji z zawodów pokazać Wam, jak jeden krzyk od kogoś nieznajomego, jest w stanie bardzo mi pomóc, na tego typu zawodach w wodzie, po prostu.

Strasznie mi się podoba wiecie, co w triathlonie? Tutaj nie ma rywalizacji pomiędzy zawodnikami, w takiej formie, jaką możecie obserwować, chociażby, na wyścigach szosowych. Triathlon jest dyscypliną, mimo wszystko, indywidualną. Nie ścigacie się z kimś, kto jest obok Was. Poniekąd, rzecz jasna, każdemu zależy na najlepszym czasie, po którym przebiegnie przez linię mety, ale to nie jest tak, że ja chciałbym udowodnić sąsiadowi, numer obok, że jest słabszy ode mnie. Tutaj chodzi tylko i wyłącznie o przekroczenie jakichś własnych swoich granic, poprawienie czasu z ubiegłego roku, wykręcenie fajnych watów na rowerze, czy też osiągnięcie fajnej prędkości przelotowej, poprawienie biegu czy też wykręcenie rekordu w wodzie, bądź też, jeżeli chodzi o przebieranie się na czas.

Triathlon, dla mnie, też jest fascynujący ze względu na to, że każdy start jest dla mnie jakimś wyzwaniem, głównie ze względu na tę wodę. Mamy tu do czynienia z trzema dyscyplinami i łączenie tego wszystkiego, nie jest paradoksalnie, takie łatwe, jeżeli chodzi, zwłaszcza o dłuższe dystanse niż ta 1/8, w której ja startowałem. Nawet na tym sprincie, zrobienie tych 5 czy 6 km w trupa zrobionymi po rowerze w trupa jest wyzwaniem, i wcale to nie jest takie proste, ale czujecie zmęczenie, które jest niesamowicie przyjemne i niezwykle satysfakcjonujące właśnie na tej mecie. Nagrywając ostatnie wideo na moim You Tubie powiedziałem również, że na mecie, po zakończeniu całego triathlonu czuje się wyrzut serotoniny i ja, dlatego to robię. To jest troszeczkę uzależniające i znajduję tutaj porównanie do spożywania ostrych potraw, gdzie zadajecie sobie ból, który jest kontrolowany, ale który w pewnym stopniu, euforyzuje człowieka. Naprawdę, zjedzenie czegoś ekstremalnie ostrego wpływa w sposób euforyzujący na Waszą głowę. Dlatego zachęcam, żeby pójść sobie do jakiejś hinduskiej restauracji i zamówić coś, co jest ustawione, na tzw. 4 papryczki. Coś co jest bardziej pikantne, niż jakaś standardowa potrawa typu, chicken tika masala i zobaczyć, co się stanie, jak się będziecie czuć. Jak się będziecie czuć po, jak Wam się uda zjeść taką ekstremalnie ostrą potrawę. Jest to obarczone jednakże tym ryzykiem, że na dzień następny rano, gdy będzie Wam zależało, żeby dosyć szybko wyjść z domu, to może się Wam to niestety nie udać. Pod tym względem przestrzegam. Przy tej okazji chciałbym Wam powiedzieć, że jedzenie ostrych potraw ma swoje zalety, pomimo tego, że niektórzy mogą mieć bardziej wrażliwe żołądki.

Kiedyś nawet chyba byłem uzależniony od ostrych potraw, ale ze względu na sport, musiałem to graniczyć głównie ze względu na perturbacje. One mogą się napatoczyć zwłaszcza wtedy, kiedy intensywnie jedziecie na rowerze albo intensywnie biegniecie. To tak już przy okazji triathlonu i przy okazji tego, co jem dzień przed, albo w dniu zawodów, albo, czego nie jem, w tym przypadku właśnie ostrych potraw. Kiedyś popełniłem ten błąd a teraz mogę dzielić się nim z Wami, mówiąc, że jednak ten okres przedstartowy nie powinien obfitować ani w ostre, ani w przesadnie tłuste potrawy, ani w zbyt dużą ilość białka.

Dużo osób mnie pyta o to, co na danych zawodach jem albo jak wygląda moje śniadanie, albo, co spożywam w trakcie takiej potyczki? Mówię o tym bardzo często, że staram się jeść, w tym właśnie czasie, rzeczy bardzo lekkostrawne i pilnuję tego, żeby się nie odwodnić i żeby nie stracić zbyt dużej ilości mikroskładników, takich jak potas, generalnie wszystkich minerałów, jakich potrzebujemy. Dlatego, bardzo często na zawodach mam rozpuszczony jakiś Litorsal albo inne elektrolity w bidonie, zwłaszcza wtedy, kiedy jest bardzo wysoka temperatura, albo, kiedy jest duszno w dniu zawodów. To jest moim zdaniem, niezwykle ważne a poza tym, rządzi jednak kofeina. Jestem strasznym kofeinistą i na każdych zawodach zużywam jej, mimo wszystko, dosyć dużo.

To tyle tytułem dzisiejszego update’u, który wrzucam, jako podcast. Wiem, że dużo osób śledzi ten mój kanał podcastowy i mam ogrom satysfakcji z tego jak do mnie piszecie, że znamy się właśnie stąd, nie tylko z You Tuba, czy też nie tylko z Instagrama. Odsyłam Was wszędzie do tego, żeby mnie śledzić, jak chociażby na Instagramie gdzie przez cały czas możecie być na bieżąco patrząc z tej perspektywy sportowej, jak wygląda moja codzienności i jak bardzo zmieniło się moje życie na przestrzeni ostatnich lat.

Dzięki i cześć.

Do usłyszenia

Prawie.PRO Made in Poland

438,99 
289,99 
328,99 
97,99 
43,99 
50,00 
299,99 

YouTube Prawie.PROWszystie filmy

Leszek Prawie.PRO
Leszek Prawie.PRO
Wracam po obozie Prawie.PRO Tour i zawodach triathlonowych. Jak wrażenia? (37)
/

Poznaj kolekcję Prawie.PRO

Przeczytaj również:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *