Być może znasz mnie jako Leszek Prawie.PRO.

Nazywam się tak naprawdę Leszek Śledziński. 

Choć urodziłem się w 1987 roku, a w chwili tworzenia tego tekstu dopiero 34 lata, miałem okazję wiele doświadczyć. Klęski, osobiste dramaty, sukcesy. Awanse, zwolnienia, myśli samobójcze, euforia. Uśmiech, płacz. Chorobliwa otyłość i balansowanie na granicy niedowagi. Jednak nigdy się nie poddawałem i pomimo tak wielu niepowodzeń staram się nie patrzeć w tył. Moje życie i doświadczenia to historia błędów, których przytoczenie pozwoli Tobie ich uniknąć.

Tak naprawdę nie jestem ani Leszek Prawie.PRO, ani Leszek Śledziński

W dokumentach moje imię to Lech. Przez pomyłkę, albo na skutek wpływu Lecha Wałęsy. Rodzice i babcia wciąż się spierali czy to Tata źle mnie zarejestrował, czy urzędnik pomylił Leszka z Lechem. To dwa różne imiona. Dlatego na przykład mając zarezerwowany lot na imię Leszek nie wsiadłbym do samolotu (sprawdzone). Miałem być Leszkiem na cześć nieżyjącego brata mojej Mamy, który zmarł mając zaledwie pół roku. Z tego też względu zawsze wszyscy w rodzinie mówili mi Leszek. Dopiero w pierwszej klasie podstawówki zarówno moi rodzice jak i ja sam przekonałem się, że formalnie jednak mam na imię Lech.

Andrzej jak Ty w urzędzie Leszka zgłosił – najprawdopodobniej zapytała moja Mama mojego Tatę.

Dzieciństwo w latach 90

Dzieciństwo to najważniejszy okres każdego z nas. W tym czasie kształtuje się charakter, wrażliwość, wartości, pewność siebie, empatia oraz wzorce. Ja dorastałem w latach transformacji. W dobie wysokiego bezrobocia, ogólnej biedy przy towarzyszącej wszystkim niepewności. Moje szkolne otoczenie było papierkiem lakmusowym trudności społecznych i patologii. Nasiąkałem złym wpływem i stawałem się taki sam jak reszta. Naprawdę byłem trudnym dzieckiem, zrobiłem mnóstwo głupot po to tylko aby czuć się akceptowanym.

Późniejsza przeprowadzka, kompletna zmiana otoczenia dała mi możliwość rozpocząć wszystko od nowa. Paradoksalnie zamiana wielkomiejskiej szkoły na prowincjonalną była prezentem od losu. W innym przypadku być może całe moje dzieciństwo jak i dorosłe życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Bardzo często o tym myślę i uważam, że zmiana otoczenia dała mi szansę szybciej dojrzeć, dostrzec błędy i rozpocząć jeszcze raz od białej kartki. Być może był to ostatni dzwonek. Zacząłem być bardziej zaangażowanym w naukę, rozwój swoich pasji. Chciałem udowodnić, że nie jestem złym dzieckiem. Unikałem toksycznych znajomości, do tego stopnia, że więcej czasu spędzałem z dziewczynami niż chłopakami. Jako nastolatek wolałem mieć wizerunek lalusia, niż popalać papierosy na przerwach. Wbrew pozorom wiele dzięki temu zyskałem. Być może uratowało mi to życie.

Jednocześnie czułem mocny pociąg do angażowania się we wszystkie szkolne wydarzenia. Być może chciałem czuć się zauważony, doceniony, bądź jako dziecko spłacić swoją przeszłość. Nie umiem tego wytłumaczyć.

Uwielbiałem brać udział we wszelkich wydarzeniach pozalekcyjnych. Zarówno tych o charakterze humanistycznym, jak i sportowym. Uwielbiałem też lekkoatletykę, ale największą miłością nadal pozostawał rower, muzyka i radio. W ramach zajęć dodatkowych jako dzieciak pisałem „scenariusze” przedstawień, pantomimy i m.in. Za sprawą jednej z nich pierwszy raz otarłem się o lokalną rozgłośnię.

W tajemnicy przed wszystkimi siedząc popołudniami z książką telefoniczną na kolanach obdzwaniałem stacje radiowe w poszukiwaniu „patronów medialnych” jednego z wydarzeń szkolnych w których brałem udział. Miałem wówczas 14 lat, marzenia, dziesiątki kaset z nagranymi programami radiowymi, których teksty znałem na pamięć. Przez pół roku prasowałem sobie koszulę i zbierałem pieniądze na perfumy, których użyję w dniu pierwszej wizyty w studiu radiowym. Problem był tylko jeden. Nikt mnie nie chciał. Byłem w końcu dzieckiem.

Mój przeklęty upór i uciążliwość.

Po pół roku wydzwaniania po lokalnych rozgłośniach i wysyłaniu faksów o których nie wiedzieli rodzice udało się.

Nie umiem Wam przekazać jak ogromną radością, podnieceniem, dumą było dla mnie pojechać na zaproszenie do radia. Nagrać swoją pierwszą wypowiedź o tym co organizujemy w szkole. Błagałem, żebym mógł zostać i popatrzeć jak w studiu tworzy się program radiowy. Siedziałem za placami DJa i obserwowałem. Nie wypowiedziałem nawet pół zdania.

Potem byłem w tym radiu jeszcze z 2 lub 3 razy, spędzałem przy tej okazji cały dzień pod różnymi pretekstami. Newsroom, DJe patrzyli na mnie bardzo przychylnie, nie wyganiali, choć zadawałem setki pytań. Nie dziwiło ich, że już 5 godzinę przy biurku siedzi chłopiec i nie chce wyjść. Aż pewnego dnia usłyszałem od redaktora naczelnego, abym się więcej nie pojawiał. Zamurowało mnie, wyszedłem, kupiłem sobie najtańszą czekoladę marki Globi, rozpłakałem się i wsiadłem w autobus.

To był grudniowy wieczór. Ponury aż do skrajnego przerysowania. Padał deszcz że śniegiem, wiał upiorny wiatr, wiata przystankowa wydawała okropne odgłosy. Ja w samej wiatrówce, która była najładniejszą kurtką jaką miałem, bez czapki (żel), czekający po pierwszej przesiadce na kolejny autobus. Ostatni. Ten, który nie przyjechał. Utknąłem w niewielkiej miejscowości Rudy w drodze do Gliwic. Nie miałem wtedy telefonu komórkowego. Wszystko było pozamykane. Pamiętam, że było mi tak bardzo zimno i nie byłem w stanie ruszać dłońmi. Po ponad godzinie stania na przystanku zacząłem szukać pomocy, choć wokół nie było nikogo. Jedynie otwarta speluna z automatem telefonicznym na monety. Jednak nie miałem przy sobie już nic. Nawet złotówki. Trafiłem na lokalny komisariat, skąd pozwolono mi zadzwonić do spanikowanych rodziców.

To był jednak z najsmutniejszych dni w moim życiu. Nigdy nie czułem takiego poziomu odrzucenia, rozczarowania. Tyle tylko, że jako 14 latek nie umiałem tego nazwać. Tak, płakałem z tego powodu.

To zmotywowało mnie do podejmowania dalszych prób, ale gdzie indziej. Być może w roli praktykanta/stażysty. Kogokolwiek. W drugiej klasie gimnazjum udało mi się cudem i zbiegiem okoliczności poznać dyrektora programowego jednej ze stacji w Gliwicach. Szukali realizatora anteny. To w skrócie osoba, która odpowiada za wypuszczanie poszczególnych elementów na antenie. Piosenek, jingli, reklam. Do dziś pamiętam ten dzień, kiedy zostałem przyjęty do radia jako praktykant.

To była jedna z najbardziej fascynujących dla mnie przygód, która trwała w tym miejscu niespełna rok. Szlifowałem „sztukę” realizacji żywej anteny, produkcji dźwięku, masteringu. Czasem parzyłem kawę, chodziłem starszym po pierogi do baru mlecznego. Jedni mnie szanowali, inni przeciwnie. Czasem byłem chwalony, a czasem poniewierany. Wszystko zależało od tego na kogo trafiłem. Jedni byli źli, próbowali pokazywać swoją wyższość mnie poniżając, inni przeciwnie. Mówili – podejdź, sprawdź, zobacz jak to działa, zrealizuj mnie, wykrzacz całą antenę, abyś się nauczył.

Siedziałem w piątki od 15 do ostatniego autobusu powrotnego zawsze na niego biegnąc. W soboty i niedziele od bladego świtu aż do ostatniej godziny w rozkładzie jazdy gnając sprintem na dworzec. Zawsze byłem w autobusie na ostatnią chwilę. Wykręcałem rekordy na pięciu kilometrach z pewnością.

Przez te wszystkie godziny nie tylko wypełniałem swoje obowiązki, ale także robiłem mnóstwo niepotrzebnych nikomu rzeczy. Nikt niczego mnie nie chciał uczyć. Jedynie co mogłem to próbować, trenować, popełniać błędy. Każdy z nich, choć dla mnie bolesny to pożyteczny.

W stacji zmieniły się władze. Nowy dyrektor mnie nie lubił. Nie wiem dlaczego. Być może coś mu powiedziałem, albo zadawałem zbyt dużo pytań. A może byłem za mało pokorny. Wiem, że znowu usłyszałem, abym już więcej tu nie przychodził.

Jeśli Wam kilka akapitów temu napisałem, że największe życiowe rozczarowanie przeżyłem w Raciborzu to chciałbym to odwołać. W Gliwicach. Przeżywałem to, że nikt mi nie powiedział słowa dziękuję. Odkryłem, że moje zaangażowanie było chorobliwe, a ta „praca” mnie uzależniła. Do dziś uważam, że to nie było fair, tylko dlatego, bo nie usłyszałem tego jednego słowa, choć dla tej stacji zrobiłem wiele. Nie mniej balans pozostał zachowany. Ja dzięki temu mogłem się wiele nauczyć, zwłaszcza u progu cyfryzacji emisji czy produkcji.

Po otarciu kolejnych łez byłem maksymalnie zdeterminowany do szukania nowego miejsca. Znajomy znajomego od strony brata stryjecznego znał dyrektora programowego stacji w Katowicach. Ten powiedział mi, żebym kiedyś przyszedł i po prostu na chama wbił się na rozmowę. Mam powiedzieć, że umiem trochę realizować antenę i trochę produkować dźwięk. Wziąłem wolne w szkole, nic nie powiedziałem rodzicom i jako piętnastolatek pojechałem do Katowic.

Ubrałem się w same najlepsze rzeczy, znów wyperfumowałem jak Lewandowski by przez 3 godziny czekać na recepcji. Od niechcenia i dla świętego spokoju zostałem przyjęty. I do pokoju i do radia. Kompletnie nie wiem jak to się stało, ale bardzo dziękuję Panie Sławomirze. On nie wiedział, że mam 15 lat. Że nawet umowy ze mną podpisać nie może.

W tej stacji nie byłem weekendowym producentem. Byłem „prowadzącym” swój „program”, który powstawał w pocie czoła i ze łzami w oczach. To wszystko musiało zostać wszystko napisane, przeczytane i nagrane. Nie miałem żadnych podstaw. Zamykałem się w studiu pod wodzą Dyrektora, a ten mnie ganił za każde jedno krzywo wypowiedziane zdanie. Dykcję, akcenty, przecinki, kropki. Tak tydzień w tydzień przez dobry rok. Dwie kartki A4 maszynopisu nagrywaliśmy ponad godzinę. To była najlepsza szkoła jaką przeszedłem w swoim życiu. Aż się nie chce wierzyć, że ludziom nie brakowało cierpliwości do mnie.

Potem było nieco łatwiej. Nabywałem doświadczenia, bardzo szybko się rozwijałem. Byłem z siebie zadowolony. Czasem dumny. Całym tydzień czekałem na piątkowe nagrania, sobotni montaż oraz późniejszą realizację programu za konsoletą radiową.

Postanowiłem iść dalej

Pamiętacie tę stację radiową, która była zaraz na samym początku? Uwierzycie, że po około 4 latach dostałem od jej Szefa propozycję przejścia i prowadzenia sobotniego i niedzielnego programu na żywo? 

Długo się wahałem, ale zgodziłem się. To były też pierwsze realnie zarabiane przeze mnie pieniądze, które nie są jedynie zwrotem za bilet miesięczny. 900 zł. Chociaż teraz przypomniało mi się, że wcześniej zdarzyło się w Katowicach otrzymać kopertę z prywatnej kieszeni Prezesa z podpisem „na wakacje”. Buzia się śmieje na samą myśl o tych wspomnieniach i dobym sercu, bo te pieniądze najczęściej były po prostu wyciągnięte przez Szefa z jego kieszeni. Inaczej się nie dało.

Wracając do Raciborza – spędziłem tam rok, w stacji radiowej, która była moim numerem dwa po RMF FM. Tam dalej uczyłem się pracy z żywą anteną, łapałem kolejne doświadczenia, popełniałem mnóstwo błędów utrwalając perfekcjonizm o którym jeszcze nie wiedziałem. Pewnego wiosennego dnia zauważyłem w szkole nieodebrane połączenie z kierunkowego 12. To nie były czasy, kiedy na komórki wydzwaniali telemarketerzy zapraszający na prezentację pościeli. Natychmiast oddzwoniłem za ostatnie 4.50 PLN na karcie „TakTak”. W słuchawce:

– Leszek mamy Twoje CV, szukamy zapalonego realizatora i producenta, kiedy możemy się spotkać?
– Tak się składa proszem pana, że za 2 tygodnie zaczynam maturę.
– To przyjedź jeszcze przed maturą. Do widzenia.

Dwa dni później byłem na miejscu. Kraków. Leszek lat 19. Sam. Spotkanie w największej stacji radiowej w Polsce. Kilka prób, rozmów. Wracam bez konkretów do Gliwic. Za tydzień telefon:

– Leszek, jak matury. Jak czujesz, jak Ci idzie?
– Idzie mi dobrze.
– Kiedy kończysz egzaminy.
– Za tydzień.
– OK. Damy Ci pensję i mieszkanie na początek. Czy po egzaminach zaczniesz pracę?
– (…)

Po tej rozmowie doświadczyłem po prostu euforii. Nie wierzyłem w to co się stało. W kilka dni pozamykałem wszystkie sprawy. Wyprowadziłem się z domu, zwolniłem z poprzedniej pracy (szef mnie wyśmiał, że fantazjuję), zdałem maturę i fizycznie przeprowadziłem do Krakowa. Naprawdę. Kończąc egzamin ustny z angielskiego w domu czekały już spakowane walizki. Nawet nie poczekałem na wyniki.

Zamknąłem tym sposobem edukację następnego dnia zaczynając pełnoetatową pracę będąc jeszcze dzieckiem.

Zderzyłem się z backendem po drodze tracąc litry potu. Moje dłonie na konsolecie znaczyły teren pozostawiając plamy soli. Od pierwszego dnia przekonałem się, że nie mogę liczyć na żadną taryfę ulgową. O dziwo nikt też nie oddaje mi poczucia bycia wybitnym w jakikolwiek sposób.

Trafiłem do enklawy budowanej przez ludzi, którzy znają się od 20 lat. Do tego nie znałem terminu pokora. Próbowałem udowodnić, że jestem częścią tego Zespołu. Niestety im bardziej zależało mi na poczuciu akceptacji tym częściej skutek był odwrotny. Popełniałem błędy wynikające z wpadania w panikę, braku doświadczenia. Moje wpadki czasem śnią się mi po nocy. Uruchamiam jakiś dźwięk, którego nie umiem zdjąć z anteny. Próbuję się łączyć z reporterem, który zniknął.

Często były to wtopy tak wysokiego kalibru, że interweniował sam Prezes. Niekiedy miałem gorszy dzień i ledwo byłem w stanie dokończyć swój dyżur. Jak pilot, który wykonując już 3 nieudane podejście do lądowania. Jednak ja nie mam zmiennika. Stres był ogromny. Wstając rano do pracy wypalałem w łazience 2 papierosy, a całe moje ciało drżało z lęku. Tak było przez pół roku. Niemal dzień w dzień. Ja się po prostu bałem iść do pracy, bo nie wiedziałem co się wydarzy. To jest stacja numer jeden w Polsce z najlepszymi newsami, które ja trzymam w swoich wychudzonych i mokrych dłoniach.

Byłem pośmiewiskiem. Byłem nieakceptowany, wydziedziczony. Samotny. To straszne, tym bardziej jeśli jesteś tak młody, że nie umiesz nazwać tych emocji. Tego bólu. Stopniowo jednak było lepiej. Udało mi się zbudować nieco zaufania wobec siebie. Takim przełomem okazała się wpadka kolegi, który zaspał na poranną zmianę. Zostałem na stanowisku bez słowa i czekałem na przekazanie anteny. Nikt z szefostwa o tym się nie dowiedział. Do tej pracy nie można się spóźniać, a każda taka sytuacja to konkretne konsekwencje. Przez przypadek uratowałem komuś tyłek za co spotkała mnie nagroda. Zaproszenie na imprezę i przełamanie relacji z innymi.

Kilka miesięcy później przedłużono mi umowę, było nieźle. Rozwijałem się, nie popełniałem tylu błędów, udawało mi się wychodzić obronną ręką z tarapatów. Pracę z żywą anteną, porównałbym do kontroli lotów. Oczywiście nie odpowiadam za życie, jednak poziom stresu, koncentracji, trudności jest bardzo zbliżony. Jednocześnie odpowiadasz za absolutnie wszystko i wszystkich na antenie. To była naprawdę najtrudniejsza praca mojego życia. Przez niespełna rok uczyniła ona ze mnie innego człowieka. Zawodowo, osobiście oraz fizycznie. Bardzo schudłem (68 kg), doszedłem do 30 papierosów dziennie. Każdego dnia, nawet jeśli było wolne czułem się zestresowany.

Znów zadzwonił telefon. Kierunkowy 58

– Cześć, Ty jesteś Leszek? Kiedyś dawałeś mi CV. Szukam kogoś na poranny program, przyjedziesz?- Ale ja mam pracę. CV wysłałem z 3 lata temu.
– Pogadać nigdy nie zaszkodzi. Przemyśl czy nie chcesz nad morze. Tu się żyje spokojnie, to praca na 4h dziennie.- Dobrze, pomyślę.

Nie wziąłem tego na serio. Zignorowałem ten telefon jako zbyt uprzejmy by był prawdziwy. Jednak po tygodniu znów ten sam miły głos:

– Hej, myślałeś?
– Yyy, tak…
– Pasujesz tutaj do nas. Będzie fajnie. Przyjedź do nas. Pogadamy o szczegółach. To naprawdę fajna robota. Jesteś taki młody, a my szukamy nowej energii.
– Jeśli chcesz to mogę Ci przesłać mailowo propozycję umowy oraz kwotę.
– Słucham?
– No może podasz maila, ja Ci wszystko opiszę i jutro się zadzwonimy i umówimy w Gdańsku żeby ją ewentualnie podpisać.

Ten mail naprawdę dotarł. To była propozycja etatu bez okresu próbnego o wartości netto dwukrotnie wyższej, niż tu, w Krakowie. 4h pracy na antenie. Bez mobbingu. Mały zespół. Głos w słuchawce sympatyczny. Może nawet zbyt sympatyczny.

Ja tam pojechałem. Podpisałem tę umowę, wcześniej składając wypowiedzenie w Krakowie. W miesiąc przeprowadziłem się taksówką i pociągiem. Wszystko było dokładnie tak jak obiecano. Szczerze? Moim zdaniem wówczas byłem za słaby na prowadzenie porannego programu. Mimo to czułem się akceptowany. To nie były wakacje z widokiem na plażę. Jednak nie da się tego porównać do poprzedniej pracy. Ja naprawdę odpoczywałem psychicznie. Lizałem rany i miałem dużo czasu na analizę przeszłości, budowę swojego własnego radia internetowego (nazywało się OnAir!).

To nie trwało zbyt długo. Po 7 miesiącach dostałem informację, że oddział lokalny mojego radia zostaje poddany centralizacji. Wszyscy idziemy na zwolnienia grupowe. To było jak drwina. Nie powiem, że żałowałem przeprowadzki z Krakowa, ale byłem rozczarowany. Może trochę zmęczony brakiem stabilizacji. Jednocześnie wpadłem w panikę. Mimo, że czasu na znalezienie nowej pracy miałem sporo. Informacja pojawiła się na długo przed oficjalnym wypowiedzeniem, a to dodatkowo wiązało się z półroczną odprawą. Do Krakowa nie wrócę. Mam uraz, który będę długo leczyć. Po drugie Oni mają (słuszny) żal do mnie o to, że odszedłem dokładnie w tym momencie w którym zaczęli być zadowoleni z jakości mojej pracy.

Mój przyjaciel dał mi cynk, że jest praca. Jednak jest to informacja bardzo poufna, a sprawa gardłowa. Cynk przyszedł w poniedziałek, następnego dnia byłem w nocnym z Gdańska do Katowic. Musiałem to zrobić tak, aby o 10 być już na miejscu. Kuszetka. Przedział z rezerwistami. Czas podróży 13h.

Na miejscu dowiedziałem się, że jest bardzo mało czasu. Pilnie mam się decydować. Kasa lepsza niż w Trójmieście. Zgadzają się na wszystkie moje warunki. Bardzo im odpowiada moja kandydatura, bo znamy się jeszcze z czasów kiedy byłem nastolatkiem. Nie trzeba mnie wdrażać. Obce mi też palenie mostów. Wymóg jeden – szybka przeprowadzka.

Moja szefowa zgadza się na podpisanie wypowiedzenia za porozumieniem bez półrocznego zakazu świadczeń u konkurencji. Bardzo mi pomaga swoją wyrozumiałością. Jest robota, więc trzeba działać.

To była szalona przeprowadzka Renault model 25. Prawie dach się w nim wygiął. Udało się na raz. Znalazłem na szybko mieszkanie w moich ukochanych Gliwicach. W czwartek się spakowałem. W sobotę rozpakowałem. W poniedziałek byłem już w nowej pracy. Full etat od pierwszego dnia. Przyszedłem czując się jakbym wrócił po urlopie. Znałem się że wszystkimi i wszystkich darzyłem szczerą sympatią.

To było to co lubię najbardziej. Produkcja dźwięku – programów radiowych, oprawy, spotów. Czasem nagrywanie audiobooków czy słuchowisk. Lubiłem tę stację, tych ludzi, atmosferę. Nic nie musiałem nikomu udowadniać. Zamykałem się w studiu i produkowałem. Zero stresu, napinki. Czasami siedziałem 6 godzin, czasem 12, ale nie narzekałem. Dlaczego?  Bo rak naprawdę w żadnej pracy nigdy nie patrzyłem na zegarek, nie liczyłem czasu. Do czasu.

Znów zadzwonił telefon. Kierunkowy 22

– Cześć Leszek. Nie gadałem jeszcze z Twoją szefową, bo chciałem najpierw poznać Twoje zdanie na temat przeniesienia Ciebie z Trójmiasta do centrali.

– (…) Ale ja podpisałem wypowiedzenie…
– O, to myśmy się już rozstali? Nikt Ci nie powiedział, że Cię przenosimy?

To była bardzo ciekawa propozycja pracy w Warszawie. Trochę pracy na antenie, trochę rzeczy technicznych. Perspektywy rozwoju – no bo to centrala w końcu. Do tego zwrot kosztów przeprowadzki.

Bardzo długo biłem się z myślami. Od razu poszedłem do szefostwa i powiedziałem jaką miałem rozmowę. Jestem tutaj tylko pół roku i zwolnienie się po takim okresie jest (mówiąc delikatnie) nieeleganckie. Usłyszałem, że mogę liczyć na zrozumienie i nie spalę mostów. Rozumieją sytuację. Jeśli serce podpowiada, żeby wracać to może należy zaryzykować. Rozstać się że Śląskiem, wrócić do Warszawy. To absolutne szaleństwo. Jednak zrobiłem to.

Po tej przeprowadzce ustabilizowałem swoją sytuację zawodową na 7 lat. Byłem producentem anteny, producentem dźwięku, prezenterem, music programmerem. Było dużo możliwości do rozwijania wielu umiejętności i łapania doświadczeń. W międzyczasie dopieszczałem własną stację internetową, w domu także uczyłem się budować i zarządzać stronami www. Robiłem mnóstwo rzeczy, ale nie ruszałem się z miejsca.

Początek końca mnie w wersji 1.0

Wiosna 2008 nie była zbyt szczęśliwa. Przyjaciel wyciągnął mnie na działkę, oglądaliśmy mecz Polska – Niemcy. W przerwie tego widowiska kopaliśmy piłkę, tyle, że nieco większych rozmiarów – przeznaczoną raczej dla dzieci. Trawa była mokra, ja wyskoczyłem przyjmując podanie. Upadając uderzyłem w glebę zewnętrzną częścią lewej stopy, wykręcając ją o 90 stopni… Poczułem to „chrupnięcie”. Skomplikowane złamanie, operacja, powikłania. Pół roku na zwolnieniu lekarskim. W łóżku. Zero chodzenia, biegania. Kaleka z dnia na dzień. Mnóstwo fizycznego bólu. Jak się okazało, z pozoru niewinne złamanie, złamało mi życie. Podupadła moja psychika. To był początek trudnego etapu w moim życiu. Kiedy niedomagało moje ciało, ale coś jeszcze. To było nie do opisania. Odczuwałem, że tracę panowanie nad sobą, zawodzi komunikacja pomiędzy głową, sercem a fizyką. Pomimo braku pełnej sprawności, notorycznego poruszania się o kulach, chodziłem po lekarzach. Zaczynając od internisty, kardiologa i neurologa. W końcu zacząłem trafiać do nich przymusowo.

Jednak wróciłem do pracy. Nigdy nie zapomnę tego dnia. Upalny, letni poranek. O kulach zmierzam na casting do nowo powstałej telewizji internetowej marki Plus GSM. 8:50, wnętrze przegubowego Ikarusa. Poczułem raptowne uderzenie gorąca, moje nogi ugięły się pode mną. Serce waliło z niespotykaną siłą. Duszę się.

Uciekam z autobusu, bo zaczyna brakować tlenu. W środku nie ma powietrza. Roztrzęsiony staram się przejść na drugą stronę Prymasa Tysiąclecia w Warszawie.

Upadam na kładce dzielącej obie jezdnie. Nie jestem w stanie wykręcić 112. Świat wiruje. Tracę kontrolę nad ciałem. Jeśli tak wygląda śmierć w wieku 21 lat, to jest to straszniejsze, niż mogłem kiedykolwiek przypuszczać. Wokół mnóstwo ludzi, jednak nikt się mną nie zainteresował. Pewnie ćpun ma fazę. Jednak ja się topię. Tonę na ulicy dusząc się i tracąc władzę nad wszystkimi kończynami.

To trwało pół godziny po czym ustało. Wszystko co miałem na sobie było kompletnie mokre. Dotarłem na ten casting. Wypiłem kilka szklanek wody i go wygrałem. Jedak tylko ja wiedziałem ile mnie to kosztowało.

Jeszcze tego samego dnia trafiłem do lekarza celem wykonania wszystkich badań pod kątem przebytego wylewu lub zawału serca.

Wszystkie podejrzenia były nietrafione. Wyniki wzorcowe, adekwatne do młodego wieku mojego organizmu. To mnie uspokoiło i pozwoliło angażować się w rozwój swojej drogi zawodowej.

Droga na dno.

Po kilku miesiącach tajemnicze utraty kontroli znów zaczęły dawać o sobie znaki. Pojawiały się raz w tygodniu. Niemal za każdym razem lądowałem u lekarza lub w szpitalu. Później dwa razy tygodniowo. Po czasie występowały każdego dnia. Codziennie w drodze do radia albo na nagranie przed kamerą walczyłem o przetrwanie. Jeździłem taksówkami w pobliżu szpitali, aby w razie najgorszego jak najszybciej mieć dostęp do pomocy medycznej.

To niesamowite, że żaden lekarz nie wie co to za choroba. Przez długie miesiące nie potrafiono mnie zdiagnozować. Wszystkie badania wskazywały, że fizycznie jestem okazem zdrowia. Jednak to niemożliwe! Ja wiem co czuję. Jestem odrealniony, na świat patrzę jak przez szybę, codziennie się duszę, mam zawroty głowy i drętwieją mi wszystkie kończyny.

Jestem kompletnie wyczerpany. Mam 22 lata, a nie mam już siły, aby dłużej żyć. Nie chcę się już męczyć.

Pomoc przyszła przypadkowo. Okazała się nią Wikipedia. Natrafiłem na termin agorafobia na skutek kliknięcia przycisku „losuj artykuł”. To co przeczytałem otworzyło mi oczy. To jest ten trop. Podążę nim idąc do psychiatry.

Tak. W wieku 22 lat wylądowałem na kozetce u faceta, który nie wierzył, że ma do czynienia z człowiekiem, którzy od niemal roku każdego dnia doświadcza ataków paniki na skutek zaburzeń lękowych o takim nasileniu psychosomatycznym. Lekarz dziwił się, że nikt wcześniej mi nie zasugerował podłoża psychicznego mojej choroby.

Rozpocząłem farmakoterapię, która po około miesiącu pozwoliła zapomnieć o chorobie. Zlikwidować jej objawy. Jednak nie przyczyny, których jest mnóstwo. Mają swoją genezę w wychowaniu, dzieciństwie, traumach, ilości codziennego stresu i braku higieny życia.

Wersja stabilna 1.5 i otyłość

Przez rok od diagnozy odpoczywałem. Naprawdę. Brak codziennych ataków to tak niesamowita poprawa komfortu życia… Zacząłem jeść, spać, cieszyć się życiem. Kupiłem pierwszy w życiu skuter. Zacząłem oprócz radia rozwijać na boku własną firmę – portal Jednoślad.pl. Postanowiłem wynagradzać siebie za tak ciężkie doświadczenia. Najczęściej kaloriami. Szybko z 72 kg awansowałem na 119. Nie wiedziałem co to bilans. Zdrowe żywienie. Zignorowałem też ostrzeżenia lekarza co do skutków ubocznych leków, które przyjmowałem. O sporcie przez kontuzję zapomniałem już na dobre.

W moim stawie skokowym były zakotwiczone dwie śruby, a ich usunięcie wiązało się z tym na co nie byłem jeszcze gotowy. Ponowną konfrontacją ze służbą zdrowia i rehabilitacją. Przyrost masy był tak szybki, że moje otoczenie nie było w stanie uwierzyć, że ja to ja. Zmiany były widoczne wszędzie, jednak najbardziej na twarzy. Ja sam tego nie zauważałem. Dlaczego? Ponieważ ja nie doświadczyłem otyłości brzusznej, ani lustrzycy. Wielu facetom przeszkadza fizycznie zwisający brzuch, który przesłania stopy. U mnie czegoś takiego nie było. Całe moje ciało było proporcjonalnie zalane tłuszczem. Palce, dłonie, ramiona, szyja, twarz, nogi, nawet stopy. Spuchłem niezwykle równomiernie jak młody wieprz. Jedynie musiałem wymieniać ciuchy, bo ja „wciąż rosnę”.

Serio, ja uważałem, że po prostu jestem młody i to naturalna kolej rzeczy, że moje ciało wciąż się powiększa. Przecież tak było od zawsze. Często słyszałem „to geny”, „jesteś tak zaprogramowany”. Co było mi pochlebne, a jednocześnie tuszowało przykrą prawdę. Ja nie jadłem, ja chorobliwie żarłem. 

Stanąłem na wadze w CH Sadyba. Wrzuciłem dwa złote. 123 kg. Pieprzone gówno, oddawaj pieniądze – powiedziałem pod nosem. Wykluczyłem ten pomiar że swojego życia. Ta maszyna nie była sprawna. Kilka tygodni później wypróbowałem wagę moich rodziców. 119 kg. Abstrakcja. To niemożliwe, że ja tyle ważę. Przecież mój tata ma 80 kg. To był jedyny punkt odniesienia, bo ja zawsze uważałem, że tata waży dużo, bo jest dobrze zbudowany, umięśniony. W życiu nie przypuszczałem, że będzie możliwe przytyć z 72 na te cholerne 119. To był szok, ale też brak wiary w urządzenie rodziców. Ja nigdy nie miałem swojej wagi i nigdy na bieżąco tego nie kontrolowałem, jak teraz. 

Od tego momentu zacząłem się sam sobie przyglądać, szukać tych zmian fizycznych. Porównywać siebie, zwracać uwagę na wygląd, czego wcześniej nie robiłem.

Od tego czasu zacząłem mieć kompleksy, zrozumiałem, że stan do którego się doprowadziłem jest patologiczny. To nie jest normalna kolej rzeczy, która przychodzi wraz z wiekiem – tj otyłość. To mój sposób życia i brak świadomości doprowadził do tego stanu. Jednak nie znałem rozwiązania, nie wiedziałem też jak trudne będzie zrzucenie tego nadmiaru tłuszczu. Myślałem jak większość – OK, przestanę słodzić kawę, kupować kolę i będę chodzić na spacery, to na pewno pomoże i za 2-3 miesiące będę wyglądać jak za czasów szkolnych. 

Hipochondria i nawrót zaburzeń nerwowych.

Mijały miesiące a mój wygląd, samopoczucie fizyczne nie ulegało poprawie. Do momentu zagoszczenia w moim życiu hipochondrii wraz z silną depresją. Te dwie przenikające się choroby wpływają nieco w tej konfiguracji na ograniczenie apetytu. Stres spowodowany ciągłym bieganiem po lekarzach, podejrzeniami u siebie różnorakich chorób pozwolił mi w szczycie epizodu zrzucić 5 kg w tydzień. Tak, przez 6 dni nic nie jadłem. W sobotę popołudniu uwierzyłem, że jestem poważnie chory, wyniki badań otrzymałem w kolejny piątek. Wtedy też przyjąłem pierwszy posiłek.

Kolejne 4 kilogramy straciłem na skutek wznowy ataków nerwicy, która tym razem zaatakowała mój układ pokarmowy. Konieczna była zmiana leków, abym mógł normalnie pracować bez zespołu lęku uogólnionego, który powodował, że mój mózg przez cały czas funkcjonował na najwyższych obrotach. Nim te zaczęły na dobre działać finalnie wylądowałem na wydziale psychiatrycznym. Wycieńczenie psychicznie zaprowadziło mnie do najsilniejszego w życiu ataku paniki, którego nie umiałem w jakikolwiek sposób zatrzymać. Leżałem się na łóżku i cały trzęsłem. Rozrywało mnie od środka na tętnie maksymalnym. Cały zlany potem, bez koordynacji mięśniowej. Sparaliżowany fizycznie. Nie da się tego opisać słowami. Można to jedynie porównać do stanu w którym masz wrażenie, że całe Twoje ciało eksploduje.

Po przebyciu tak mocnego ataku organizm jest okropnie wyczerpany. Ma to swoje odbicie w każdym jednym aspekcie. To widać na twarzy, słychać w głosie. Pojawia się apatia, która gości przez wiele dni. Jesteś zmęczony, nie chcesz żyć. Nic nie sprawia Ci radości i nic nie ma sensu. Ma to też ogromny wpływ na postrzeganie samego siebie przez pryzmat niedoskonałości… Krążą po głowie różne myśli… Jesteś w stanie poświęcić naprawdę wiele, aby tylko poczuć ulgę.

Pierwszy karnet do klubu fitness.

Jaki najgorszy prezent można dać osobie otyłej jak ja? Kupić karnet na siłownię. Grzegorz, wspaniały Przyjaciel dał mi taki. Do najdroższego klubu w Warszawie. Wiecie co? Podjąłem to wyzwanie. Chodziłem 3 razy w tygodniu. Gimnastyka, ćwiczenia obwodowe, orbitrek. Bez biegania, bo nadal w mojej lewej nodze znajdują się dwie śruby, które z których usunięciem nadal zwlekam przez hipochondrię. Byłem w trakcie dość intensywnej terapii farmakologicznej oraz behawioralno – poznawczej. Po kilku tygodniach siłownia stała się moją rutyną, w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu. Zauważyłem, że to taka ucieczka. Przychodziłem chętnie, choć wielokrotnie czułem się gorszy. Widać było po mnie, że jestem bardzo początkujący. Nie potrafię poprawnie obsługiwać nawet orbitreka oraz większości maszyn. Jestem ulany, potu produkuję tyle, że znaczę teren w promieniu 2 metrów kwadratowych. Czasem doświadczam spojrzeń politowania. Czuję się gorszy. Jednak przyzwyczaiłem się do tego. Nauczyłem się tym nie przejmować, choć to nie było łatwe. Do dziś czasami czuję to ukłucie i nadal brakuje mi momentami pewności i wiary w siebie. Wyniosłem to z dzieciństwa. 

Mijały miesiące. Schudłem 4 kg i zatrzymałem się na 105 kilogramach. Codziennie dawałem sobie wycisk i nie traciłem nic. Tak, bo bez diety, która moim zdaniem stanowi 70% efektu nie da osiągnąć sukcesu. Jednak zauważyłem inny pozytywny skutek. Moja psychika nieco wyluzowała. Im więcej sportu, sauny i basenu, tym częściej doświadczałem takiego poluzowania łańcucha zapiętego na klatce piersiowej. To strasznie nieprzyjemne, wyczerpujące uczucie codziennego stałego napięcia. Ciężko to przekazać słowami. Ta wieczorna siłownia katalizowała te złe emocje. 

To nie wynik przypadku, wiary, placebo. Opracowania naukowe potwierdzają, że 40 minut aktywności aerobowej o wyższej intensywności wspomagają produkcję serotoniny. 

Lekarz psychiatra zaczął się że mnie śmiać, że sam odkryłem to o czym on mi mówił na pierwszej wizycie – biegać, pływać, trenować cokolwiek niemal każdego dnia. Przy mojej chorobie to bardzo pomaga. Warunki są dwa – intensywnie i regularnie. Ja to najwidoczniej zignorowałem, bo w końcu każdy lekarz mówi, aby się ruszać, bo „sport to zdrowie”. Banał.  

Terapia dawała na tyle dobre efekty, że nie byłem w stanie wziąć się za organizację operacji mającej na celu usunięcie z lewej nogi zespolenia – dwóch śrub łączących moje dwie kostki z kością piszczelową i strzałkową.

Miałem ogromny problem z pójściem do lekarza albo do laboratorium. Bałem się, że otrzymam złe wyniki. Czas oczekiwania na raport był dla mnie katorgą. Nie byłem w stanie nic robić poza liczeniem minut. O 15 mają być dostępne wyniki online. Zatem do tej godziny jestem wyłączony. Mam biegunkę, pocę się, chce mi się wymiotować na skutek stresu. 

Udało mi się doczekać do wskazanej godziny, wydrukowałem wyniki i zostałem pozytywnie zakwalifikowany do operacji pozbycia się żelastwa z mojej kończyny przez którą nie mogę od 5 lat biegać. Zaciągnąłem kredyt, opłaciłem operację w prywatnej klinice i w ciągu jednego dnia było po wszystkim. No prawie, bo na skutek mojej zwłoki jedna że śrub okazała się pęknąć. Te 8 mm nadal jest w moim ciele i pozostanie aż do śmierci. 

Po tygodniu chodzenia o kuli oraz miesiącu rehabilitacji byłem gotów do rozpoczęcia przygody z bieganiem. 

To jest etap od którego liczę swoją przygodę ze sportem tak na serio. Mogłem jeszcze lepiej odreagowywać codzienny stres związany z moją nadwrażliwością emocjonalną. Jednak jeśli uważacie, że przy tej okazji udało mi się schudnąć to jesteście w błędzie. Nadal nie wdrożyłem żadnej diety, nie wdrożyłem poprawnych nawyków. Codziennie piłem jedno – dwa piwa zajadając je czekoladą albo pistacjami. był rok 2013 a ja nadal mam w butach 105 kilo, wyglądam na 40 lat, sapię i pocę się po pierwszych 300 metrach. Jednak jestem uparty jak osioł co czują moje kolana każdego dnia przemieszczając mnie w tempie biegowym 5 lub 10 kilometrów. 

Tak budowałem podstawy mojej wydolności, pomimo której trudno było budować progres. Największym hamulcowym była moja waga.

Rozstanie z radiem.

W 2013 roku uzyskałem niesamowite wsparcie od człowieka, dzięki któremu zdobyłem pierwszy, na tyle duży i stały kontrakt, który pozwolił mi zrezygnować z etatu. Miałem naprawdę dość. Po pierwsze pracy na dwa fronty od 2009 roku kiedy prócz radia, zajmowałem się rozwojem portalu Jednoślad.pl. Ten z każdym rokiem gromadził coraz więcej użytkowników, jednak cały czas brakowało mi odwagi, aby pójść na całość. Bardzo mocno ciążyła mi frustracja w ostatnich latach mojej działalności radiowej. Przestałem się rozwijać, czasami czułem się ograniczany i niedoceniony. Miałem duże doświadczenie, ale co z tego jak nie ukończyłem nawet trzydziestki. 

Złożyłem wypowiedzenie, zarejestrowałem działalność. Rozwijałem się, zwiększałem portfolio klientów, zasięg, uczyłem się kręcić i montować wideo. Było to dla mnie o tyle łatwiejsze, że posiadałem 10 lat doświadczenia w realizacji dźwięku. Przerzucenie się na filmy dało mi bardzo dużo możliwości. YouTube dopiero raczkował, a nikt z otoczenia konkurencji nie produkował tyle materiałów co ja. To dało mi przewagę, motywowało do rozwoju, inwestycji w sprzęt. To był bardzo fajny etap w moim życiu. Nadal jednak miałem dużo nawyków z etatu. Bałem się, że będąc sam sobie sterem i żeglarzem zacznę zbyt mało pracować. Dlatego nie chciałem się spóźniać, albo wychodzić zbyt wcześnie. Pracowałem po 8-10 godzin, mimo to cały czas znajdowałem czas na codzienny basen, albo bieganie. Czy stres był mniejszy? Czy to pomogło mi w leczeniu silnej nerwicy? Nie. Musiałem pójść na 3 terapię, bo zdarzały się nawroty hipochondrii albo uogólnionego lęku, którego przyczyna była trudna do ustalenia zarówno dla specjalistów jak i dla mnie. Cały czas oczywiście przyjmowałem leki mające na celu wspomóc produkcję serotoniny. 

Najcięższe były przesilenia jesienne i wiosenne. Wtedy najtrudniej było mi walczyć. Tylko ja wiem ile kosztowało mnie utrzymanie się w rytmie. Zakładanie maski uśmiechniętego pana z YouTube opowiadającego o motocyklach czy samochodach na moim drugim kanale. Jednak rzucałem się we wszystko co tylko możliwe, aby zająć głowę.

Do tego wciąż nie zdawałem sobie sprawy z tego, że zajadam smutek. Nawet z tego, że ja przy tym wszystkim mam jeszcze depresję. Co to kurde w ogóle jest depresja? Dopiero po latach uświadomiłem sobie, jak silnie jest ona w mojej głowie zakorzeniona, jak skrzętnie schowana przed samym sobą oraz światem. Jak wiele ma wspólnego z tym małym Lesiem, chłopcem z dzieciństwa, którego do dziś we mnie jest mnóstwo. On w dużej mierze dominował i dominuje w mojej osobowości oraz sercu.

Mały Lesio kupił Leszkowi szosę

Nie wiem jak to się stało, ale z dnia na dzień postanowiłem wrócić do roweru.

Znudziło mi się codzienne pływanie po 2 km i bieganie, które ze względu na nadwagę nie szło mi zbyt dobrze. Myśle, że odkurzenie tego MTB to był wyraz jakiegoś zrezygnowania? Ten rower dał mi niesamowitego kopa. Przecież ja całe dzieciństwo jeździłem na rowerze. Wszędzie. Każdego dnia. Jednak nigdy nie był to obiekt westchnień i spełnienia marzeń. Ja od zawsze marzyłem o szosie. Slicku, niskiej wadze i śmiganiu z dużymi prędkościami jak najdalej stąd. 

Teraz nie muszę pytać nikogo o zgodę. Choć przeżywałem w 2016 roku kryzys finansowy w mojej firmie to wyszarpałem te 4000 zł na zakup roweru szosowego. To było na takiej zasadzie, że wieczorem wpadłem na ten pomysł, a rano maszyna była zamówiona. U mnie tak jest ze wszystkim. Najlepsze decyzje podejmowałem bez ich analizy. No popatrzcie na moją „karierę” zawodową, albo założenie firmy, portalu czy zakupie roweru. Niby głupie kroki, ale gdyby choć jeden nie miał miejsca, nie doszlibyśmy do momentu w którym to czytasz. Nic nie dzieje się z przypadku moim zdaniem. Trzeba tylko czasem posłuchać serca i nie analizować. Zrobić dokładnie tak jak podpowiada pierwsza myśl. Inaczej ta się ulotni i stracimy ogromną szansę na zmianę swoich dalszych losów. 

Pierwsze kilometry na nowym rowerze to był dramat. Ja wyłem z bólu po 20 minutach. Kark, plecy, dłonie, przedramiona, kolana, stopy, tyłek. Po za tym szosa była absolutnie niesamowita. Prędkości kosmiczne w porównaniu z MTB na grubych kapciach i 10 przełożeniach. Ledwo depnąłem, a moje 105 czy 110 kilogramów rozpędzało się bezwładnie do 28 km/h. Po kilku tygodniach już umiałem trzymać 30. Jednak po godzinie takiej jazdy narastała też frustracja. Moje krocze parzy. Ono się pali. Spędziłem dziesiątki godzin na czytaniu o przyczynach. Wypożyczałem siodełka testowe, chodziłem na bikefitting i nic. Kochałem to robić, ale codziennie chciało mi się płakać z bólu. Byłem blisko poddania się. Pomimo szosowej miłości chciałem wrzucić ten rower do rowu i zapomnieć. Jednak cierpliwość i ślepa upartość sprawiła, że z czasem ten ból zaczął nieco odpuszczać. Robiłem więcej kilometrów bez aż tak dużego cierpienia. Zacząłem częściej pedałować na stojąco no i przede wszystkim chudnąć.

W końcu swój pierwszy rower postanowiłem sprzedać i kupić teoretycznie bardziej komfortowy, bo całkowicie karbonowy. Wraz z jego pojawieniem się u mnie pomyślałem, że może otworzyłbym kanał na YouTube o problemach z którymi się mierzę?

 

Tak powstał mój rowerowy YouTube

Dzieło jednej myśli podjętej pochopnie bez analizy.

Rower mam, nawet dwa. Umiem montować i kręcić. Mam w ramach zaplecza swój portal Jednoślad.pl. A jakby zrobić odnogę rowerową? Dobra. Robię

Zero biznesplanu. Żadnej refleksji nad swoim wyglądem, autorytetem, poziomiem wiedzy i obiektywnego doświadczenia. 

Szybko stałem się pośmiewiskiem.

Byłem przyzwyczajony do krytyki. Śmiano się ze mnie kiedy prowadziłem kanał Leszek OnAir! czy motocyklowy Jednoślad.pl. Tutaj nie dziwiłem się, że jestem stale „hejtowany”. Jednak potrzebowałem kilku lat, aby zrozumieć, że to naturalna kolej rzeczy. Facet 100 kg+ na rowerze za 20 000 zł opowiada o kolarstwie szosowym czy robieniu swojej pierwszej w życiu „setki”. Byłem zaprzeczeniem kolarza szosowego. Kułem w oczy nadwagą, plecakiem, tanią odzież, sztucznie nadmuchanym ego i przeświadczeniem, że coś na ten temat wiem. Jednak ciężko samemu się unieść ponad tę bańkę, stanąć obok i obiektywnie siebie ocenić. Jedynym sposobem było próbować, mimo ogromu krytyki próbować zmienić siebie, swoje podejście. Jednak nie udawało mi się to przez pierwsze miesiące działalności na rowerowym kanale. Wszystko jednak zmieniło jedno zdjęcie.

Historia jednego zdjęcia

Leszek, nie oszukuj się, jesteś po prostu grubasem.

Ta fotografia uświadomiła mi proporcje pomiędzy moim rowerem a mną samym. Spojrzałem na śliczną kompozycję obrazu, przenikające światło przez mgłę, pięknie podkreślając ultra lekki, wyczynowy rower sportowy, który jest zasłaniany przez ulanego właściciela. 

To było dla mnie szokujące odkrycie. To zdjęcie pozwoliło mi właście osiągnąć tę zewnętrzną perspektywę. Wyjść z siebie i stanąć obok w racjonalny sposób. Ty się Panie Śledziński do tego nie nadajesz i oni wszyscy mają rację. Zamknij ten kanał, zniknij z Internetu. Przez dwa tygodnie przeżywałem te wnioski. Czułem się beznadziejny, bezwartościowy. Wróciły kompleksy dotyczące wyglądu i braku kompetencji. Takiego doła nie miałem od bardzo dawna. Ta gruba skóra pozwalająca mi ignorować krytykę nagle pękła i cała ta chemia wdarła się do wnętrza mojej głowy. Sprzedaj ten rower, pozbądź się bólu tyłka i głowy. Po problemie. Wróć mentalnie do motocyklówki albo radia. 

Czy umiałem się przyznać przed ludźmi w sposób oczywisty do swoich wniosków po ostatniej „sesji”? Oczywiście, że nie. Po kilku dniach braku aktywności na YouTube wróciłem, ale nieco odmieniony. Zmieniłem ton, starałem się więcej czytać i weryfikować swoje poglądy. Jednocześnie wdrożyłem postanowienie. Koniec z alkoholem, słodyczami, pieczywem i fast foodami. To była bardzo trwała jak się okazuje zmiana, pokazująca tylko jak ogromne emocje towarzyszyły mi wtedy, gdy odkryłem jak bardzo stoję w opozycji do lekkiego, karbonowego roweru. Jak bardzo nie wyglądam jak kolarz. Jednocześnie ciężko trenowałem. 8-10 godzin w tygodniu na redukcji. Najgorszy był pierwszy miesiąc. Wyłem wieczorami za czymś słodkim. Każdego dnia kładłem się spać głodny, choć najedzony. Pochłaniałem ogromne ilości warzyw. Wykupowałem z Biedronki wszystkie mrożonki i nowalijki. Kartonami dowoziłem do domu kaszę gryczaną i kefir. W restauracjach zamawiałem tylko lekkie zupy, zrezygnowałem nawet z sushi. Każdy dzień to była zupa z mrożonkim dwa worki kaszy, do tego prawie kilogram warzyw, wieczorem na deser gruszka albo jabłko. Litr kefiru, witaminy, spać. Nie liczyłem kalorii, po prostu przez ponad 8 miesięcy nie miałem w ustach niczego słodkiego, albo zawierającego alkohol. Nie wiem jak to się stało. Nie wiem jak dałem radę w tym wytrwać. Pamiętam tylko, że przez pierwsze tygodnie byłem niesamowicie smutny, że po całym dniu w domu nie czeka na mnie nic poza tym co opisałem powyżej. Straszna pustka, ale dająca tak niesamowite rezultaty, że aż samemu ciężko było mi w to uwierzyć.

W niespełna 4 miesiące straciłem 15 kilogramów. W kolejne 3 dodatkowe 8 kilo. Mój wygląd zmienił się niesamowicie. Ludzie mnie nie pozwalali. Mówili, że został tylko głos a sam prezentuje się jak młodszy brat. Najbardziej widoczne były zmiany na twarzy. Kompletnie zmienił się mój wygląd. Ci którzy milczeli podejrzewali groźną chorobę, która zjadła mnie od środka. Inni gratulowali. Ja sam podziękowałem sobie poprzez wyrzucenie absolutnie całej swojej odzieży. Nic się nie nadawało do noszenia. Spodnie, koszule, bluzy, kurtki, cała odzież kolarska i sportowa – do kontenera dla bezdomnych. Odcinam się od siebie samego z przeszłości. Wydałem mnóstwo pieniędzy na zakup kompletnej szafy ubrań. Właściwie dwóch szaf. Jednej cywilnej, drugiej sportowej. Choć nie miałem zbyt wielu funduszy to dałem radę przebrać się totalnie. Włącznie z butami. One też okazały się za duże.

Leszek 2.0: (prawie) Prawie.PRO

Nie, Widzowie nie przestali się ze mnie śmiać tak z dnia na dzień. Choć coraz większa była grupa osób, które dostrzegły, że przez ostatnie miesiące mnie ubywa. Częściej spotykałem się z poglądem, iż to jedynie wersja przejściowa. Na pewno nastąpi odbicie i klasyczne jojo, bo skończy się dieta, wrócą stare nawyki. Z 80 kilogramów wrócę na 105. Też miałem tę obawę, jednak udało mi się utrwalić efekt i skończyć redukcję na 78 kg nie wracając do starych błędów i każdego dnia, aż do dziś kontrolować co i ile spożywam. To był moment kiedy mogłem zacząć opowiadać o tym jak wyglądało ostatnie 8 miesięcy. Co zmieniłem, ile trenowałem z jak wielu błędów sobie zdałem sprawę i jak wiele jeszcze chcę się nauczyć. Mówiłem także jak się czuję. Jak wzrosła moja wydolność. Jak poprawił się komfort jazdy na rowerze kiedy okazało się, że głównym czynnikiem odpowiedzialnym za ból była moja nadwaga spoczywającą na siodełku i kierownicy.

To był kompletnie inny rozdział. Inna książka. Inny człowiek. Naprawdę sam w to nie wierzyłem, przede wszystkim skąd wziąłem tyle siły na tę „metamorfozę”. Na pewno pomógł mi w tym jasno określony cel. 80 kg i normalny wygląd na rowerze, proporcjonalny do tego na czym jadę. Chcę być żołnierzem na koniu a nie Shrekiem na ośle. Pomocna była też pora roku – lato – latem łatwiej o siły psychiczne. Opanowanie głowy jest kluczem we wdrażaniu takich zmian, aby je przetrwać.

Na efekty w postaci mniejszej dozy krytyki, hejtu musiałem jeszcze długo czekać. Minął rok, może dwa, nim zacząłem otrzymywać pozytywne komunikaty. Coraz częściej odzywali się do mnie ludzie, którzy mówili mi o tym, że są na tym etapie co ja jakiś czas temu. Inni gratulowali, mówili, że są pełni podziwu dokonań. Ja tego długo nie rozumiałem. O co chodzi? Musiałem sobie zdać sprawę z tego, że każde jedno wideo, każdy jeden komentarz jest w sieci do dziś. Nic nie usunąłem. Do teraz wpisując moje imię, nazwisko, albo nazwę kanału możecie zobaczyć jak było na początku. Serio, ja długo nie rozumiałem tej perspektywy poznawania mnie poprzez retrospekcję, albo playlistę filmów ułożonych w kolejności od najstarszego. Myślę, że to powoduje u Widzów szok.

Ja długo nie wracałem do starych filmów. Mam tak, że nagrywam, montuję, wrzucam, śledzę statystyki przez kilka dni i zapominam o tym materiale. Internauci z kolei wpisują interesujący ich temat i trafiają na przykład na Leszka z 2017 roku, następnie przeskakując na najnowszy film. Po głosie orientują się, że to chyba ten sam człowiek.

Mam jeszcze ten problem, że choć moja samoocena jest nieco wyższa, to kluczowym słowem jest nadal „nieco”. Jestem typem osoby o niskim poczuciu własnej wartości. Nie wierzę w pochwały. Albo inaczej. Moja świadomość w nie wierzy, podświadomość wręcz przeciwnie. Ciężko się tego wyzbyć. Z nadwagą wygrałem. Z bólem fizycznym także. Jednak ja nadal jestem małym, kruchym psychicznie chłopcem skrytym za maską dorosłego człowieka. Jednakże jest ona półtransparentna i czasem można zauważyć we mnie spory pierwiastek emocjonalny, na to, że sport postrzegam nieco inaczej. Tak samo jak specyficznie porozkładane akcenty, na inne priorytety w życiu. Jedni nazywają to wrażliwością, inni mówią, że jestem gejem, kto inny, że powinienem zmienić płeć. Jak to tak można płakać przed kamerą? Mężczyzna?

Cel: 100% zaangażowania w sport

Chciałem w pełni oddać się robieniu filmów o jeżdżeniu na rowerze i pomagać tym, którzy są mną sprzed lat.

Zawsze chciałem pomagać. Brzmi to niesamowicie banalnie, bo mówi to każdy ksiądz, lekarz czy policjant. Ale ja naprawdę czuję ogromną satysfakcję z pomocy drugiemu człowiekowi. Jednak kryzys w branży motocyklowej zmusił mnie do większego oddania się swojej firmie, która jest moim jedynym źródłem dochodu. Reklamy z YouTube pozwalały mi 3 razy zatankować do pełna i tyle. Nie da się być twórcą treści wideo bez wsparcia dużego sponsora, albo zaplecza finansowego, które najlepiej jakby działało w tle Autora. Ja czułem, że jestem wypalony tym co robiłem przez ostatnie lata. Rynek się kurczy, pojawiają się coraz większe zatory płatnicze. Przychody jesienią i zimą są mizerne, a ja muszę liczyć każdy grosz aby utrzymać firmę i siebie.

To był trudny etap. Znów działałem na dwa fronty wiedząc, że tak się nie da. Zmęczenie ma to do siebie, że cechuje się sporą bezwładnością. Tak samo jak stres. Niepokój porównuje zawsze do okładania w swojej głowie prochu. W fazie krytycznej nagromadzone produkty uboczne eksplodują z tym większą siłą im dłużej jesteś w takiej sytuacji i im więcej czynników stosujących spotyka mnie w życiu.

Jednak uparcie szukałem sponsora, albo sponsorów mojego kanału o tematyce rowerowej. Miałem wiele spotkań, wymieniałem mnóstwo maili, telefonów. Bez rezultatu. Nikt nie chciał ze mną działać. Głównie chyba ze względu na słaby PR, mnóstwo negatywnych opinii na temat mojej wiedzy merytorycznej i brak „marki osobistej”. Wiecie, że to przykre? Jednak sam sobie na to zasłużyłem. Po drugie za szybko chcę zbyt wiele. Ja taki jestem. Działam raptownie i oczekuję szybkich rezultatów. Kiedy zderzam się ze ścianą to ból jest podwójny. 

Tym bardziej, że potrzebowałem na realizację celu sporo pieniędzy. Abym mógł się wycofać z osobistego zaangażowania w swojej firmie motocyklowej niezbędne są fundusze na dwa dodatkowe etaty. To nie jest 10 000 rocznie, nawet 50 000 nie wystarczy. Excel pokazywał abstrakcyjne kwoty stojące pomiędzy marzeniami a stanem bieżącym. Kto będzie chciał tyle zainwestować w faceta, którego jedynym dokonaniem jest to, że oddycha i schudł?

Na przełomie 2019 i 2020 roku miałem kilka spotkań. Propozycje tyczyły się sprzedaży w filmach ofert na akcesoria, kody zniżkowe. Lepsze to niż nic. Przybliża mnie do celu, ale ma tę wadę, że cierpi na tym Widz oraz wideo. Ja osobiście uważam, że każdy Autor ma prawo i powinien wręcz monetyzować wideo, bo to jego praca. Jeden warunek, niech to nie będzie robienie z siebie słupa ogłoszeniowego. Nie lubię agresywnych działań marketingowych, typowego „influencerstwa”, brania wszystkiego jak popadnie, nawet kolacji w barterze. Nie ważne czy jest to związane z tematyką kanału czy nie – ważne, aby zarobić. Nie. Tego nie chcę. 

Jedno spotkanie i jeden głupi pomysł

Pamiętacie jak mówiłem o podejmowaniu przeze mnie decyzji w 5 sekund?

Za sprawą Bartka, mojego kumpla z radia poznałem jego kumpla. Ten kumpel z drugim mają szwalnie odzieży kolarskiej. Oni chcieliby, abym pomógł im w robieniu sociali, zdjęć i występował w ich ciuchach.

Spotkaliśmy się, spędziliśmy przy 17 kawach cały dzień. Gardło bolało od gadania. Chemia zadziałała od razu. Wymienialiśmy się poglądami, wyrażałem swoje opinie, czasami palnąłem jakieś głupstwo, w innym akapicie wykazałem się swoją przesadne anankastyczną osobowością odzieżową, ale było niesamowicie fajnie. Zaakceptowali mnie wraz z całym inwentarzem .Stanęło pod koniec dnia, że działamy. Od nowego sezonu. 

Nie minęły dwa dni a ja wpadłem na pomysł, że skoro zależy im na zwiększeniu produkcji w Polsce, a mnie na znalezieniu pełnoetatowego sponsora marzeń to czemu by nie stworzyć własnej marki odzieżowej? Takiej leszkowej od A do Z. Chłopaki zgodziły się. Leszek – nie ma sprawy możemy dla Ciebie szyć.

Ja jestem raptowny, uprzedzałem. Jak jest cel, to poświęcam się w pełni. Moja głowa wybucha od pomysłów, układania etapów, analizowania co na początek można zrobić na drut, a co wymaga dopracowania. Na pewno nie ruszę z produkcją odzieży bez powołania marki. A nazwa? Logo? Bardzo pomagali mi Widzowie, przesyłali w ankietach swoje propozycje. Jednak zapomniałem powiedzieć o tym, że musi być ona spójna z wolną domeną. Krótką. Jednak pewnego dnia w propozycjach na YouTube pojawił mi się stary film z Karolem, gdzie nazwałem Go mianem „prawie PRO”. Nawet jest miniaturka klipu z tym podpisem jego sylwetki. To określenie też ma swoją drugą genezę. W jednej ze stacji w której pracowałem był folder zatytułowany „Prawie jak profesjonaliści” zawierający wszystkie najśmieszniejsze wpadki na antenie. Tak powstała nazwa marki „prawie pro”, która początkowo miała funkcjonować pod adresem www.prawiepro.pl, jednak postanowiłem nabyć osobną, krótszą i mniej oczywistą www.prawie.pro. Na niej właśnie się znajdujecie.

Pozostawała jeszcze kwestia logo. Oczywiście nazwa marki jest ironiczna (choć zdarzają się ludzie, którzy tego nie rozumieją i myślą, że jest próba przyrównywania siebie do profesjonalnych zawodników), stąd myślałem, aby logotyp był opatrzony ślimakiem. Takim jak występował kiedyś na naklejkach samochodowych z podpisem „szybciej nie mogę”, albo „robię co mogę”. Moja przyjaciółka Julia jednak narysowała mi świński ryjek. Nie zrozumiałem nawiązania. Co ma wieprzowina do Prawie.PRO? To jest PROsiak, na profesjonalnych triathlonistów i kolarzy mówi się „prosiaki”. Po drugie to nawiązanie do Twojego wyglądu z przeszłości. I tak zostało. Prosiak, kropelka potu korespondująca z tym, że ja mam problemy z nadpotliwością w trakcie jazdy oraz pionowa prawa kreska, która miała oddzielać logo od imion na strojach. Personalizowana, imienna odzież nie wypaliła, kreska została.

Byłem tak podekscytowany, że logo, sklep, umowy kurierskie oraz na pośrednictwo w obsłudze płatności ogarnąłem w 2 tygodnie. Serio. W 14 dni wszystko było gotowe i tylko czekało na dodanie produktów Prawie.PRO. Równolegle rodziła się kolekcja. Ulta prosta. Dwa kolory – mój ulubiony granatowy i biały. Dwa modele koszulki, jedne spodenki, skarpetki, komin i… i koniec. Nie musiałem się na szczęście martwić o wykonanie, bo naprawdę Martombike robi to z szacunkiem do Klienta i jego pieniędzy. Im zostawiłem całą produkcję, choć brzmi to zbyt górnolotnie. To nie była produkcja, tylko niska seria za ostatnie pieniądze jakie miałem. W środku zimy, kiedy w mojej firmie hula przeciąg wyjąłem 10 000, drugie tyle „pożyczył” mi Martombike w formie odroczonej płatności i Go! Odważnie.

W dniu startu Prawie.PRO wszystko stanęło.

W dniu startu nowej nazwy kanału oraz mojego sklepu z własną marką odzieży kolarskiej ogłoszono twardy lockdown.

Nie ma lepszego momentu, prawda? Wcisnąłem start, opublikowałem wideo mówiące o zmianie nazwy, a kilka godzin później zamknięto cały kraj. Kto kupi spodenki za 300 zł albo koszulkę za 270 kiedy nie wiadomo co będzie jutro? Pamiętam, że po prostu siedziałem przy biurku w pracy i po prostu się rozpłakałem. 

Wszystkie pieniądze, które mi zostały po tak kiepskim 2019 roku wrzuciłem w biznes, który właśnie został zjedzony przez epidemię. To mój koniec. Żaden z moich dłużników z branży motocyklowej mi już nie zapłaci, odpaliłem produkcję odzieży w której nikt nie będzie jeździć, bo jest zakaz przemieszczania się, także na rowerze.

I zdarzył się cud. Wieczorem nie wierzyłem w to co widzę. Obrót wyniósł 2000 zł. Z tego na czysto zarobię 500 (!). Znam niemal wszystkich, którzy złożyli tego dnia swoje zamówienia. To naprawdę dobrzy ludzie, którzy zrobili to tylko po to, aby mnie wesprzeć. Nie dlatego, aby mieć fajne ciuchy. To jest niesamowite – drugie dno każdej transakcji. To też zobowiązanie, pewien dług wobec Klienta, który nim jest wyłącznie z dobroci serca i chęci pomocy. Tego nie da się porównać do niczego innego.

Jednak problemy dopiero się zaczęły

Chwilę później produkcja odzieży stanęła w miejscu. Szwalnia, podobie jak większość firm wysłała ludzi na urlopy. Mam sklep, mam Klientów, ale co z tego jak nie dostanę ani pół skarpetki. Nie wiadomo ile to potrwa, a ja zaraz nie będę miał nawet pieniędzy na zakup swoich warzyw mrożonych i kefiru.

W ciągu następnych dni dostałem łącznie 9 wypowiedzeń kontraktów od firm współpracujących z moim portalem Jednoślad.pl. Zostały ze mną dwie. Obie wyłącznie z dobroci serca. Nie mogę niestety powiedzieć komu chcę podziękować z imienia i nazwiska, ale w dobie takiego załamania na rynku to był heroizm. Dostawałem zapłatę za faktury w ratach, ale otrzymywałem. Poza tym nigdy nie doświadczyłem od początku działalności mojej firmy takiego zatoru. Zdaję sobie też sprawę, że mnóstwo ludzi w tym czasie przeżywało dokładnie to samo, też byli przepełnieni lękiem i niesamowitym stresem. Nikt nie był przygotowany na wojnę z wirusem i zatrzymania się całej gospodarki oraz wymiany finansowej.

Na szczęście po tygodniu przyszła dobra wiadomość. Produkcja odzieży dla mnie została wznowiona. Jednak będą opóźnienia. To dało mi niesamowity impuls do działania. Prawie.PRO to moja jedyna nadzieja na przetrwanie. Jedynemu mojemu pracownikowi w Jednoślad.pl przekazałem wszystkie swoje obowiązki. Z dnia na dzień. Powiedziałem wprost – jeśli mamy przeżyć to ja muszę się wyłączyć z pracy portalu. On odpowiada za 50% sukcesu, bo zapewnił mi spokojną głowę, siłę i czas na przebranżowienie się w ciągu 3 tygodni i zmianę struktury przychodów firmy.

Zacząłem od powiedzenia prawdy Widzom. Przekazałem w wideo i postach, że jestem przyparty do muru. Czy chcielibyście mi pomóc zamawiając odzież kolarską, której aktualnie nie ma, ale będzie, bo miała być a jej nie ma a mi kończą się pieniądze? Odzew był niesamowity. To był najcudowniejszy akt pomocy jakiego doświadczyłem w życiu. To zaufanie. Do dziś nie wierzę. To mi dało tak niesamowitego kopa, wiarę w ludzi, w siebie, w sens tworzenia. Życzę tego uczucia każdemu. Modliłem się tylko, abym nikogo nie zawiódł i aby nigdy tego nie zapomnieć, nie utracić pokory względem Widzów, nie odkleić się.

Gdyby nie wy nie przeżyłbym kwietnia 2020. Zlicytowałby mnie komornik, straciłbym wszystko, pewnie moja psychika też by tego nie wytrzymała. Byłem jednocześnie tak potwornie zmęczony tą sytuacją a jednocześnie szczęśliwy. Jeżdżąc podczas lockdownu moje opony unosiły się 10 cm nad asfaltem. Do tego z każdym tygodniem, każdą organizowaną sesją realnych produktów sprzedaż rosła. Osiągnęła po pierwszych 6 miesiącach taki poziom, że nie tylko przeżyłem tę katastrofę finansową, ale również zatrudniłem jeszcze jednego pracownika do Jednoślad.pl. Pozbyłem się wszystkich niepotrzebnych zobowiązań i osiągnąłem komfort finansowy pozwalający zaangażować się na 90% w Prawie.PRO jednocześnie większość zysków inwestować w rozwój kolekcji oraz magazynu.

Lekcja pokory z początku działania marki Prawie.PRO dała mi do zrozumienia, że najważniejsza prócz jakości produktu jest jakość obsługi. Jasna komunikacja, mówienie otwarcie prawdy, szacunek do każdego widza.

Z kolei brak zobowiązań dał więcej czasu na pomoc każdemu kto się do mnie o to zwróci. Początkującym, walczącym z depresją, nerwicą, mającym myśli samobójcze, problemy z rozwojem. To moja nowa „praca”. Ta ze snu.

Sport i klęski zmieniają mnie każdego dnia

To wszystko co na pozór złe okazało się dobre.

To jak zmieniło i zmienia się moje życie jest najlepszym dowodem na to, że zawsze należy uparcie iść do przodu. Wbrew wszystkiemu i wszystkim. Moją misją jest przekazywać dalej wszystko co zawdzięczam sportowi. To co dała mi choroba z którą dalej walczę. Nadal doświadczam rzeczy złych. Bywają gorsze dni. Przewrócę się, ale wstaję, wsiadam na rower i jadę dalej. Buty do biegania, czepek czy szosa to jedynie archetypy mojego nowego życia. Podobnie jak odzież. To są moje katalizatory, które przereagowują produkty uboczne moich przeżyć. Gdyby nie aktywność fizyczna, nowa higiena życia i Widzowie nie poradziłbym sobie z natłokiem tylu przykrych doświadczeń. Czasem myślę, że spłacam długi, które zaciągnąłem zbyt intensywnym życiem zawodowym. Moja głowa w ten sposób musi odreagować przeszłość. Jest to proces długi, ale widzę wiele pozytywnych zmian. Uczę się wspomnianej higieny życia. Nie śpieszyć się, oddać się w pełni, jednak jednej rzeczy, a nie 10 na raz. Dziś mam ogromną radość z uprawiania sportu, robienia filmów o tym co kocham robić oraz pakowania paczek. Wymyślania sposobów na zaskakiwanie Klientów czy optymalizację swojego sklepu. Mój YouTube i ta strona jest moim bezpiecznym miejscem schronienia przed tym co wokół.

Zdaję sobie sprawę, że jestem dla wielu dziwny, moja osobowość to skrajność antagonistycznych cech. Jestem mentalnie dojrzałym małym chłopcem w wieku 9 lat. Emocjonalnym dzieckiem. Do tego trudnym do zrozumienia introwertykiem spędzającym mnóstwo czasu w samotności. Jednocześnie posiadam ogromną potrzebę dzielenia się tym o czym myślę będąc sam. Przy tym często czuję się samotny, zapomniany lub nieakceptowany.

Nienawidzę być także na pierwszym planie. Wolę cień. Jestem cały czas uśmiechnięty dla ludzi, a jednocześnie smutny w głębi serca oraz oczu. Zdaję sobie z tego wszystkiego sprawę. Wiem, że wszystkie moje wady to także zalety. Każde spaczenie także wielokrotnie mi pomogło. To samo tyczy się uporu, braku umiaru, zawziętości, głęboko schowanego pragnienia akceptacji.

Mimo, że mój umysł jest tak sprzeczny sport uratował mnie i moje życie. Zaakceptował mnie. Jest sposobem na radzenie sobie ze sobą, psyche, daje siłę, satysfakcję, radość, enklawę. 

W trakcie jednego z najsilniejszych ataków w moim życiu obiecałem, że jeśli wyjdę z tego to pomogę każdemu kto będzie się z tym mierzyć. Dajcie mi tylko ten lek, pokażcie mi jak mam żyć, a będę przekazywać antidotum dalej. 

Historia mojego życia (50)


Jeśli masz podobne problemy skontaktuj się ze mną