Ja, jako fan technologii, zmieniający gadżety częściej niż skarpetki jako pierwszy klepie się po piersi. Tak, wiem, technologia może nam służyć, wspomagać nas. Jednak niekiedy oplata nas jak ośmiornica i ściska za nogi tak, że zaczynasz być obciążony nadmiarem tego wszystkiego co pojawiło się nowego przez ostatnie 30 lat. Winny jednak nie jest sam licznik na kierownicy tylko to jak z niego korzystamy.
W końcu niech wybrzmi to słowo, które słyszę każdego dnia. Kiedyś nie było liczników. Zawsze odpowiadam tak samo: Budki telefonicznej nie trzeba było nigdy ładować, a smartfon trzeba codziennie. To nie jest wina czasów, tylko ludzi i zawsze będziemy tęsknić za czasami kiedy to przez okno wołało się kolegę czy wyjdzie z nami na rower. Analogicznie, wówczas nie trzeba było myślec o swoim liczniku, ładowaniu oraz tym jak wypadniesz dzisiaj na Stravie.
Najbardziej cofa Cię patrzenie na średnią.
Choć o tym zrobiłem już cały duży odcinek, tłumaczący dlaczego to często błąd. Dlaczego zejście poniżej 30 km/h wywołuje taki dyskomfort.
Przez przywiązanie się do prędkości okazuje się, że nie możesz zrobić rozgrzewki, ani pogadać z nikim po drodze. Albo co gorsza wrzucasz częste ręczne pauzy, bo przelatujesz przez zakorkowane miasto lub musisz wjechać na ścieżkę rowerową.
Od pierwszego kilometra lecisz tak samo. Byle było powyżej 30. Rezygnujesz z bardziej pagórkowatych tras, bo tam spada średnia.
Nie chcesz też robić mocniejszych akcentów na trasie, bo boisz się, że na ostatnich kilometrach zabraknie Ci sił na odpoczywanie powyżej 30 km/h.
Boisz się też odkrywać nowe trasy, bo być może ilość manewrów, skrzyżowań i dziur sprawi, że nie będziesz tak szybki.
Rezultatem jest tkwienie w miejscu z formą. Nie masz mocnych dni, ani dni odpoczynku w tempie emeryckim, bo licznik Ci na to nie pozwala. A tak naprawdę wstyd Ci na to nie pozwala. Wstydzisz się, że ktoś to zobaczy i uzna Cię za słabego. W skrócie. Wywal to pole danych ze swojego komputerka i zobaczysz o ile życie może być przyjemniejsze.
Wiesz, kiedy patrzenie na średnią ma sens? Na zawodach, na treningach, których celem samym w sobie jest jak najwyższa średnia. Podobnie na segmentach, na podjazdach. Tym bardziej jeśli odnosisz średnią do tętna czy mocy jaką udało się utrzymać na danym odcinku.
Paniczny lęk przed wysokim tętnem.
Moim zdaniem nic bardziej nie ogranicza niż wskazanie tętna na liczniku u osób ze spektrum hipochondrii. Wiem po sobie. Przez pierwsze dwa lata od zakupu pierwszego komputerka z pulsometrem bałem się być szybki. A co jak licznik pokaże coś na czerwono? W końcu pokazał 218 tętna w miejscowości Obory pośród pól. Aż się zatrzymałem. A tak dobrze mi się jechało. Jednak gdy wykres poszedł tak kosmos od razu się źle poczułem. Już miałem dzwonić po karetkę, jednak na szczęście dostałem powiadomienie o wyładowaniu się baterii w pulsometrze. Ozdrowiałem. To jednak nie zawał.
Wiem, że to brzmi jak totalny żart. Jednak to prawda i często spotykam się z prośbami o rady związanymi z lękiem przed zbyt wysokim tętnem. Wówczas mówię, żeby usunąć tę pozycję, lub schować na jakiś czas licznik do kieszeni w trakcie jazdy. Takie ćwiczenie ekspozycyjne pokazujące, że czujesz się o wiele lepiej gdy nie kontrolujesz.
Dotyczy to zarówno patrzenia na swój puls jak i prędkość. Odkrywasz, że otacza Cię świat. Ktoś zdjął z Ciebie ten kaganiec przez który także się nie rozwijasz, bo boisz się zbyt wysokiego tętna. Z tego samego powodu jeździsz być może zawsze tymi samymi trasami, boisz się spotkań z mocniejszymi a stromizn tym bardziej.
Okrągłe cyfry.
Twój licznik może Cię też uwiązać liczbą kilometrów. Ma byc 30, 50, 100 lub 200. Najbardziej znienawidzony dystans to 28.6 lub 98.1 km. Poczekaj ja tylko dokręcę. Dlaczego? Bo licznik Ci każe. Ty jesteś dla licznika? Wyobraź sobie Pogacara na mecie, który mówi, że musi dokręcić nim zapisze.
Ej, co się stanie jak ta liczba nie będzie okrągła? Też miałem ten problem i też podjąłem się ekspozycji. Celowo zacząłem zapisywać 99 km i zdziwiłem się, bo ten świat dalej istnieje.
Powiadomienia na liczniku. Wampiryzm notyfikacyjny.
A to już plaga naszych czasów a licznikiem sobie tylko dokładamy. Bo oprócz tego, że mamy setki powiadomień z telefonu to jeszcze mamy te z licznika. A niektóre domyśle ciężko jest wyłączyć. Autolap, moc za wysoka, za niska, ostrzeżenie przed progami z pytaniem czy nadal występuje zagrożenie. Alert wysokiego tętna, alert banana, radar rozłączony i połączony, zawróć. Doszedłem do wniosku, że jestem podczas jazdy non stop rozpraszany i zamiast skupić się na jeździe czy budowaniu formy co chwilę licznik prosi mnie o atencję. Przysiałem pewnego wieczoru i wyłączyłem wszystko co tylko możliwe. Włącznie z dźwiękami, nawet tymi ostrzegającymi przed samochodami. Dlaczego? Bo odkryłem, że nie zwracam już uwagi na dźwięki i przestaję świadomie korzystać także z radaru. To też serdecznie polecam, zwłaszcza na bardziej ruchliwych odcinkach, zwłaszcza jadąc w grupie.
To samo w kwestii duplikowania powiadomień z telefonu. Czy na pewno potrzebujesz w trakcie jazdy dostawać informacje o mailach i SMS? Może lepiej zostawić sobie tylko informację o połączeniach, tak na wszelki wypadek? Daj sobie samemu odpocząć od wiecznych powiadomień. Niech ten czas będzie dla Ciebie a nie dla licznika. A jeśli wyczekujesz katastrofy to także polecam proste ćwiczenia. Na przykład wrzucanie telefonu w tryb samolotowy. Najpierw na 10 minut, potem 30, poinformuj o tym eksperymencie bliskich. Wszystko by odkryć, że świat działa dalej bez Ciebie.
Zjadanie Twojej atencji awariami
O tym też był film. Sens kolarstwa zaczyna być zjadany tym, że musisz się zaopiekować elektroniką. Bo znowu coś nie działa. W Garminie nie wgrywają się nowe trasy gdy chcesz jechać, ciągle rozłącza się radar. A może coś się zawiesi, przeresetuje. Chcesz jechać, trenować, albo rozkoszować się okolicą i nie możesz. Bo znowu licznik uznał, że nie zna pulsometru, który posiadasz od 4 lat.
Albo lepsze – w trakcie zawodów, gdy nie możesz się rozpraszać Twój licznik albo zegarek zgłasza problem. Ja to mam mega szczęście do tego i z dziką satysfakcją jadę publicznie po Garminie gdy ten zmienia zasady w trakcie gry. Po 10 latach nie działa już zmiana dyscypliny na triathlonie po wciśnięciu przycisku LAP. Od teraz trzeba go trzymać 3 sekundy. Ale nie wiesz o tym i jesteś na tym rowerze i przez pół drogi zastanawiasz się jak wyłączyć bieg przełączając się na segment kolarski.
Naprawdę, to jest sens zawodów? To jest paranoja. Jesteś w szczycie formy po miesiącach przygotowań a w kluczowym momencie nie myślisz o generowaniu mocy, jedzeniu i piciu a o tym pieprzonym kawałku elektroniki. Tak to realnie wpływa na Twój wynik. Tak to jest moment kiedy masz ochotę wyrzucić to do rowu, bo tysiące złotych szkodzi Twojej formie i realnie zabija Twój potencjał i radość .
To nie jest elektroniczne wsparcie pasji. To jest jej zabijanie. Żeby nie było – to tyczy się nie tylko Garmina, bo Wahoo ostatnio też nie jest święte i w ważnym momencie jest w stanie po prostu się wyłączyć.
Wreszcie to z siebie wyrzuciłem.
Myślę, że sztuką jest wyłapać moment w którym przyjemność zastępowana jest przymusem lub służebnością względem tego kawałka elektroniki. Moment w którym tracisz radość na rzecz licznika. To jest także kwestia zrozumienia tego, że wszystkie lęki przed nieokrągłymi cyferkami, średnimi, niezliczonym etapem na zawodach, związane są z perfekcjonizmem lub poczuciem niskiej wartości na rowerze i w życiu.
Pamiętaj, że nie każdy analizuje Ciebie przez pryzmat cyferek na stravie, nie każdy patrzy ile zrobiłeś dzisiaj kilometrów w jakim tempie. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że 99% osób ma to gdzieś. A ten jeden procent stanowią osoby, które Ty możesz mieć gdzieś.
Niestety elektronika i social media nie pomaga ludziom takim jak ja. Osobom, które zawsze będą czuły się gorsze, a gdy nawet zrobią coś WOW, to nie potrafią się tym cieszyć, ponieważ uważają, że tylko wykonały zadanie. Zadanie, które i tak można by przejechać lepiej. To jest mój trening umysłowy. I im więcej jeżdżę tym bardziej mam głęboko to co sobie inni o mnie pomyślą.
Dlatego fajnie jest ćwiczyć czasami jazdę z licznikiem w kieszeni. Jazdę ze schowanymi na stałe parametrami na których najbardziej nam zależy, albo których się boimy. To wszystko by się nie bać czerpać czystej przyjemności z jazdy patrząc wzrokiem dalej, niż do przedniej krawędzi tego kawałka elektroniki.
A jeśli patrzysz za polskimi ciuchami na rower. To zajrzyj także do mojego sklepu.


Na Rower
Koszulki kolarskie
Spodenki kolarskie
Bluzy kolarskie
Kurtki kolarskie
Skarpetki
Rękawiczki
Podkoszulki, potówki
Do Biegania
Nogawki, Rękawki, Ochraniacze
Na trenażer
Koszulki i kurtki biegowe
Dodatki
Książki i Audio
Czapki
Bidony
Koszulki i Bluzy Casual
Kawa
Kominy
Prawie.PRO Made in Poland
Koszulki kolarskie
Koszulka kolarska męska Prawie.PRO 350W. Czerwona
Do Biegania
Skarpetki kolarskie, do biegania Prawie.PRO 200W Różowe PROsiak
Bluzy kolarskie
Bluza kolarska męska Prawie.PRO 190W Chillight. Biała
Na Rower
Spodenki kolarskie męskie ONAIR 410W. Czarne
Czapki
Czapka z daszkiem Prawie.PRO Baseball Casual Unisex
89,99 złPierwotna cena wynosiła: 89,99 zł.69,99 złAktualna cena wynosi: 69,99 zł.Najniższa cena z 30 dni: 69,99 zł
Bidony
Bidon Prawie.PRO 400W Bio 500 ml Czarny
Do Biegania
Skarpetki kolarskie Aero Prawie.PRO 400W Białe
Gravel
Kurtka kolarska ocieplana Prawie.PRO 400W Czarna ZERO WIND Unisex
Koszulki kolarskie
Koszulka kolarska męska Prawie.PRO 350W. Granatowa
Gravel
Spodenki kolarskie damskie Prawie.PRO 500W Elastic Interface Stone
Dodatki
Dezodorant Sportowy ONAIR Naturalny Unisex
Dodatki
100h Podcastów i Słuchowisk Prawie.PRO MP3
YouTube Prawie.PROWszystie filmy
Przeczytaj również:
Garmin Connect IQ 2019. Nowa aplikacja już dostępna
Cube Hanzz Pro: Opis, Cena, Dane techniczne
Jaki rower kupić do 3 000 złotych? Polski czy zagraniczny?
Co to są węglowodany i gdzie występują?
Monteria Fatbike 1.0 2017: Opinie i dane techniczne