Leszek Prawie.PRO
Leszek Prawie.PRO
Strefa Komfortu?! Wiem, to brzmi strasznie, ale bez wysiłku nic nie osiągnę (12)
/

No nie da się niczego w życiu oraz sporcie osiągnąć bez opuszczania tej przeklętej „strefy komfortu”. Nienawidzę tego określenia, ale nie wynaleziono bardziej trafnego. Ja też nic bym nie zyskał bez zaciskania zębów.

Chcesz wesprzeć moją działalność? Możesz to zrobić wybierając moją odzież made in Poland na https://prawie.pro. Obserwuj mnie również na Instagramie: https://www.instagram.com/prawie_pro

Cześć.

Tutaj Leszek.

Dzisiaj troszeczkę z glutem. Właśnie wróciłem z bardzo ciekawego pojedynku kolarskiego na Zwifcie, gdzie miałem okazję robić razem z Karolem wideo z bardzo ciekawej potyczki na dystansie nieco ponad 9 km. Co jest najśmieszniejsze, jak tylko zszedłem z roweru, to poczułem, że chyba zbiera mnie jakaś infekcja. Jestem ciekaw, co będzie działo się jutro i jestem też mega ciekaw, dlaczego mój organizm zawsze reaguje tak, że jeżeli chce manifestować jakąś infekcję, albo chorobę, to robi to w przeciągu 15 min. – nagle. Jest wszystko OK i nagle pojawia się katar, czy też ból gardła. Zresztą to w ogóle jest dziwne, bo ja dosyć rzadko choruję, ale ten rok, ten sezon, ta zima, jest troszeczkę niej szczęśliwa. Nie wiem, z jakiego względu, być może nałożenie się różnych okoliczności, w postaci troszeczkę zwiększonego stresu ostatnimi dniami wpływa na to, że jestem bardziej podatny, ale dzisiaj kompletnie nie o tym.

Dzisiaj o bardzo górnolotnym sformułowaniu, jakim jest GRANICA ALBO STREFA KOMFORTU. Ja wiem, że to jest tematyka poruszana przez wszystkich coachów i generalnie, właśnie coaching ma taki pejoratywny wydźwięk w Polsce, za sprawą kilku, bardzo przerysowanych osobistości, jednak wydaje mi się, że czym innym jest coaching a zupełnie, czym innym jest sport, czy też taka ogólna filozofia funkcjonowania, na co dzień. Duże osób mnie pyta o to, co mam na myśli, kiedy mówię o przekraczaniu własnych granic, własnych ograniczeń.

W pierwszej kolejności mówię o takim swoim przemyśleniu, czy też spostrzeżeniu, że my dziś, współcześnie, bardzo często narzekamy, na wszystko, na pierdoły. Z czego to wynika? Z tego, że my dziś, współcześnie, mamy bardzo komfortowe życie; mamy ciepłą pościel, wyprasowane majtki, podgrzewane siedzenia w samochodzie, ciepłą wodę w kranie, codziennie dostatek żywności w sklepach, na którą nas stać i przez to, przyzwyczajamy się właśnie do takiego wygodnego trybu życia. Jednocześnie nie harujemy siebie, swojego charakteru, swojej głowy i także swojego ciała, do życia poza tym wygodnym trybem funkcjonowania, na co dzień. Dlatego też, uważam, że narzekacz, który musi przejść na piechotę 1,5 km, kiedy wieje, albo pada deszcz, powinien zacząć praktykować zimne prysznice albo przynajmniej chodzenie na saunę, a potem wchodzenie do basenu z lodowatą wodą. Nie mówię już o takich obrazkach, które miałem okazję, całkiem niedawno zobaczyć na Stravie, jak pewna zawodniczka kończyła londyński maraton z czasem 2:33 i z wycieńczenia przewróciła się 50 m przed linią mety, następnie czołgała się, żeby ją przekroczyć mimo wszystko. To jest właśnie wychodzenie poza granicę komfortu i ja w taki sposób to rozumiem i w sytuacji, kiedy jakaś pierdoła mnie wewnętrznie zmusza do marudzenia, to przypominam sobie taki obrazek. Właśnie taką dziewczynę, która przebiegła maraton w 2:30, przewróciła się, bo dała z siebie absolutnie wszystko a potem miała na tyle determinacji, żeby czołgać się do tej mety. Ja nie mówię, żebyśmy tak robili, bo być może to jest przesada, być może to nie jest najzdrowsze postępowanie, z punktu widzenia fizycznego naszego organizmu, ale przełóżmy to na bardziej przyziemne problemy niektórych ludzi. Jeżeli dla kogoś, wyzwaniem jest wejście na pierwsze piętro po schodach, to moim zdaniem jest coś bardzo niedobrego. To lenistwo. Lenistwo, bardzo często wynika z tego, że jesteśmy przyzwyczajeni do komfortu, przez co każda przeciwność losu, nawet najmniejsza, w postaci niedziałającej windy i konieczność wchodzenie na drugie piętro po schodach, będzie powodem do marudzenia: dlaczego ta winda znowu tutaj nie działa? Mnie to straszeni denerwuje.

Ja się takimi rzeczami nie przejmuję – staram się. Kiedyś bym się przejmował, ale wielokrotnie mam możliwość hartowania się na różnego rodzaju okoliczności, nie tylko ze względu na to, że pokonywanie pewnych ograniczeń własnych w głowie i w ciele, daje mi niesamowitą satysfakcję. Zabezpiecza mnie także, na takie okoliczności, które być może zdarzą się w przyszłości, że nie będę miał takiego wygodnego życia. To, że dzisiaj mam samochód, nie znaczy, że ten samochód będę miał za dwa lata. Być może w ogóle nie będzie samochodów, albo mnie przestanie być stać na to, żeby jeździć samochodem; i co wtedy? Okazałoby się, że do pracy będę jeździć rowerem, na przykład, albo będę chodzić na piechotę, bądź też stać 20 min. na wietrze, podczas deszczu na przystanku. Bieganie uczy mnie tego, żeby nie narzekać na zewnętrzne warunki atmosferyczne, bo staram się biegać bez względu na to, co dzieje się na zewnątrz. O ile na rowerze nienawidzę jeździć podczas złej pogody, o tyle bieganie jeszcze daje mi jakąś satysfakcje i właśnie hartuje organizm. Zauważcie, że ludzie, którzy dużo uprawiają sportu na zewnątrz, rzadziej chorują, chociaż dzisiaj na to nie jestem najlepszym przykładem. Tak jest. Kiedyś dużo częściej byłem chory, dużo częściej się to zdarzało, kiedy właśnie nie ruszałem się. Ta aktywność fizyczna sprawia, że ten mój organizm, nawet jeżeli zachoruje, lepiej sobie radzi z tą infekcją.

Dla mnie wyjście bez czapki, nie jest wyzwaniem dla mojego organizmu, ponieważ troszeczkę jest też do tego przyzwyczajony i wiem, że to jest wbrew takiej babcinej teorii, że wyjście z gołą głową albo bez szalika równa się przeziębienie. Jeżeli ktoś na codzie chodzi w czapce, szaliku, opatulony przy 10°C, to nie ma się co dziwić, że jak wyjdzie przy 11° bez czapki, to będzie chory. Tak, ale to jest właśnie brak takiego zahartowania się na te niesprzyjające warunki atmosferyczne. To też nie jest dobre. To samo twierdzi medycyna w sytuacji, kiedy rozmawiamy o dzieciakach, o ograniczonej odporności, wynikającej z tego, że żyją w przesadnie sterylnych warunkach w domu. Otoczenie jest wyzbyte tej flory bakteryjnej, czy też wirusowej, przez co organizm nie wie, jak sobie radzić z pewnymi zagrożeniami, które się pojawiają, i które są w zupełności nowe. To nie jest moje twierdzenie, i to jest twierdzenie naukowo udowodnione. Dlatego wygodne życie moim zdaniem, trzeba balansować. Nie chcę przez to wszystko powiedzieć, żebyśmy rezygnowali z zakupu samochodu, czy żebyśmy codziennie myli się w zimnej wodzie. Chodzi tylko o to, żeby od czasu do czasu zrobić coś, co dla nas będzie mniej komfortowe, ale pozwoli nam się oswoić z takimi sytuacjami, i wtedy, kiedy zdarzą się one nie za sprawą naszej inicjacji, a po prostu ze względów losowych, będzie nam łatwiej znieść wszelkie przeciwności. Wtedy też będziemy mniej marudzić i mniej się przejmować pewnymi problemami.

Mnie doprowadza do szału narzekanie ludzi na pierdoły. Mnie denerwują ludzie, którzy sączą komunikaty typu: znowu pada deszcz, albo jak jest gorąco, jak jest zimno, co to jest za zima, że nie pada śnieg, co to jest za zima, że pada śnieg i drogi są ośnieżone i są korki. To jest dla mnie irytujące i wtedy też właśnie często mam takie skojarzenia z wampiryzmem energetycznym, bo siłą rzeczy, jeśli w naszym otoczeniu jest bardzo dużo osób narzekających na pierdoły, to zauważamy, że nas to strasznie irytuje. Irytacja to jest wyzbywanie się pozytywnych emocji i wyzbywanie się wewnętrznej siły do życia.

To samo dotyczy dokładnie sportu i poprawiania swoich rezultatów. Jest bardzo dużo osób, z którymi rozmawiam, i które pytają mnie, w jaki sposób poprawić swoją kondycję? Ja wtedy pytam: co robisz na co dzień? I wtedy często słyszę odpowiedzi; no, słuchaj, jeżdżę na rowerze albo biegam. Jak to robisz? No, po prostu sobie biegam albo po prostu jeżdżę sobie na rowerze. OK, ale jeżeli Twoim celem jest nie tylko rekreacja na rowerze, ale poprawianie formy pod kątem zawodów, czy pod kątem ustawek ze znajomymi, żeby zbytnio nie odstawać, to nie da się zbudować nigdy progresu formy, nie wystawiając okresowo organizmu na wysiłek, który jest na granicy wytrzymałości, albo przekracza pewne granice wcześniej ustanowione. Tylko w ten sposób właśnie hartujemy organizm do tego, żeby w przyszłości, przy kolejnych, tego typu wyzwaniach, w poszczególnych strefach tętna, mocy, czy prędkości, lepiej sobie z tym radził. Nie da się uzyskać progresu, bez czasowego wychodzenia poza tę magiczną strefę komfortu i powie Wam to każdy zawodnik, powie to Wam każda osoba nieco bardziej rozwinięta w sposób sportowy, że każdy z nich dochodził do dobrej formy w bólu i cierpieniu. Czasami kończyło się to wymiotami, mdłościami, czasami ludzie słaniają się na nogach po zejściu z roweru, czy po zakończeniu treningu w butach, bądź też na siłowni, ale to daje zawsze najlepsze korzyści. Jeżeli zawsze będziemy jeździć, czy biegać w taki sam sposób, który nie przysparza nam cierpienia, to już zawsze będziemy robili to dokładnie w tym samym tempie. Organizm nie będzie uzyskiwać impulsów, przez to nie będzie mógł sobie radzić ze stresem treningowym i po treningowym.

Tutaj znowu wracam do magicznego sformułowania: balans, bo to nie znaczy, że za każdym razem na rowerze mamy jeździć na maksa, bo sobie zrobimy krzywdę. Chodzi o to, żeby sobie zracjonalizować to, i przykładowo, raz, dwa razy w tygodniu zrobić właśnie ten trening krótszy, ale mniej komfortowy dla nas samych. Z tym samym miałem do czynienia dzisiaj rano. Miałem do pokonania 9,2 km na czas z mocą, z jaką jeżdżę bardzo rzadko, ponieważ jest to bardzo mało przyjemne, z tętnem, które jest dla mnie bardzo niekomfortowe, ale za sprawą takiej rywalizacji, czy za sprawą takiego treningu, wiem że w przyszłości będę lepszy. Jeżeli teraz zainwestuję nieco w regenerację, za tydzień ponowię tę próbę, to ten wynik będzie jeszcze lepszy; dlaczego? Ponieważ moje mięśnie, moje płuca, moje serce, mój układ naczyniowo – krążeniowy będzie się stopniowo przyzwyczajać do coraz większego wysiłku. Żeby tego dokonać, te 13 minut jazdy na czas musi być wykańczające dla mnie – i też takie było – i zrobiłem to pomimo tego, że bierze mnie jakieś choróbsko. Nie chciałem się poddawać i odpuszczać, ze względu na to, że troszeczkę boli mnie gardło, albo ze względu na to, że wyglądam na odrobinę opuchniętego, czy też boli mnie głowa. Nie. Odpuszczam wtedy, kiedy widzę, że faktycznie coś się dzieje niedobrego i wiem, że mogę sobie zaszkodzić – z czego to wynika? Właśnie z tego, że w przeszłości oduczałem się szukania pretekstów do tego, żeby czegoś nie zrobić.

Tak jest bardzo często z osobami początkującymi, że wtedy, kiedy im się nie chce, i nie są w takim rytmie treningowym, to znajdują byle jaki pretekst do tego, żeby właśnie dzisiaj odpuścić: boli mnie głowa więc nie zrobię treningu. Najlepszym lekiem na bolącą głowę jest wysiłek fizyczny. Powie Wam to każdy, że ból głowy mija po dziesiątej minucie jazdy na rowerze, czy po dziesiątej minucie kręcenia na orbitreku, na bieżni czy podczas biegu. Tak naprawdę, ból głowy nie jest, zazwyczaj, objawem czegoś złego – zazwyczaj bóle głowy to bóle napięciowe wynikające ze stresu, bądź też ze złego dnia. Najczęściej jest to spowodowane przez naszą sferę psychiczną, a nie somatyczną i właśnie to oderwanie się od stresu, od problemu, za pośrednictwem sportu, sprawia, że ta głowa może przestać boleć i gwarantuje Wam, że w 95% przypadków będziecie zadowoleni z tego, że mimo wszystko poszliście, zrobiliście to. To samo tyczy się treningu, który jest teoretycznie ponad siły. W momencie, kiedy dotrzecie do tego celu, ukończycie to dzisiejsze zadanie, to będziecie mieli niesamowitą satysfakcję.

Ciężko jest mieć satysfakcję z ciągłego życia w komforcie. Ciężko jest mieć satysfakcję z tego, że nie stawiliśmy czoła jakiejś przeciwności losu. Podświadomym pragnieniem mojego mózgu jest nagradzanie samego siebie za dobrze wykonane zadanie i w taki sposób zagłusza się wszelkiego rodzaju problemy emocjonalne, depresję, złe samopoczucie – właśnie tym poczuciem satysfakcji. Po to to się robi – przyznam Wam szczerze.

Po raz kolejny wracamy do wspólnego mianownika jakim jest wyjście poza granice komfortu, ruszenie tyłka z kanapy, zanurzenie się w chłodnej wodzie, pójście na basen wtedy, kiedy nam się totalnie nie chce i zrobienie tego, czego tak bardzo nam się nie chciało. I to jest fantastyczne. I zauważycie, że dzięki temu mniej narzekacie, że dojdzie do denominacji problemów, które są najczęściej głupotami, którymi nie warto jest się przejmować. Dlatego staram się nie narzekać na zimno, staram się nie narzekać na wiatr, na złą pogodę, na to, że muszę gdzieś pójść z buta, że winda nie działa, że muszę wstać w sobotę o 6.00 rano – nie, to nie są problemy. Prawdziwym problemem jest ukończyć maraton z czasem 2:33, paść na 50 m przed metą a potem na samym końcu się czołgać – to jest prawdziwy problem – i to jest prawdziwe wyzwanie, a cała reszta to są, moim zdaniem, głupoty.

Jednocześnie, na sam koniec, zachęcam Was do tego, żebyście śledzili mnie także na Instagramie i na You Tubie, gdzie bardzo zależy mi właśnie na rozwoju tych kanałów i tym samym sposobem, także swojej działalności. Mam nadzieję, że to, o czym Wam mówię; o tych swoich doświadczeniach, będzie dla Was pomocne i jednocześnie nie potraktujecie tego wszystkiego jako wymądrzania się. Nie. To o czym Wam mówię, to są moje własne doświadczenia. Ja kiedyś byłem naprawdę leniwym piwopijcą, któremu ciężko było wstać z kanapy, który narzekał absolutnie na wszystko i wszystko w życiu sprawiało mu problem, bo nigdy nie doświadczyłem życia poza komfortem. Zawsze woda w kranie była ciepła.

Dziękuję bardzo.

Cześć. 

Prawie.PRO Made in Poland

49,99 
139,99 
89,99 
-15%
279,99 

Karty Podarunkowe i Vouchery

Prawie.PRO Tour Rytro 2022 Voucher

1599,00 
75,99 89,99 
-6%
299,99 
-18%
129,99 

YouTube Prawie.PROWszystie filmy

Leszek Prawie.PRO
Leszek Prawie.PRO
Strefa Komfortu?! Wiem, to brzmi strasznie, ale bez wysiłku nic nie osiągnę (12)
/

Poznaj kolekcję Prawie.PRO

Przeczytaj również:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.