Leszek Prawie.PRO
Leszek Prawie.PRO
Po powrocie z wyścigu Marmotte we Francji i przejechaniu 5000 m wzniosu w Alpach (43)
/

Jeśli ten podcast okazał się dla Ciebie przydatny, a chcesz wesprzeć moją działalność to zapraszam do mojego sklepu na https://www.prawie.pro oraz Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/

Cześć.

Tutaj Leszek.

Dzisiaj pierwszy dzień w pracy po prawie tygodniowej nieobecności. Co to się porobiło? Ja nigdy w życiu nie miałem takiej pracy, w której mogłem sobie pozwolić na coś takiego, bo nawet, jeśli byłem, na jakimś pseudo urlopie, to i tak miałem ze sobą komputer, to i tak musiałem pracować, i tak miałem pewne rzeczy do zrobienia, których nikt za mnie by nie zrobił. Od kiedy mam sklep Prawie. PRO, i od kiedy mam Janka, mojego pomocnika, to podczas moich nieobecności wiem, że jest ktoś w stanie tym wszystkim bardzo sprawnie zarządzać.

Ale dzisiaj nie o organizacji pracy a bardziej o organizacji wyścigu, z którego wracam. Był to Marmotte Grand Fondo, chyba jeden z największych wyścigów amatorskich w Europie i jeden z najtrudniejszych, ponieważ do przejechania tego dnia było 170 km i ponad 5000 m przewyższenia. Co to znaczy przewyższenie? Jest to odległość w pionie, albo wysokość, na którą należy, na tej trasie, wdrapać się na rowerze, czyli różnica poziomów wynosiła 5000 m w górę. To 170 km jazdy przy średnim nachyleniu 7-8%, czasem 11%, czasem 12%, a czasem 15%. To wymaga od człowieka, wytrenowania, właśnie jazdy takiej typowo górskiej, przygotowania fizycznego, wydolnościowego, jak i również swojej własnej masy, bo każdy kilogram dodatkowo dźwigany pod tę górę boli, bardzo boli. Ale udało się, chociaż nie powiem, że to było łatwe, że to było jak splunięcie, ale po drodze nie występował u mnie żaden kryzys, tym bardziej, że ja paradoksalnie, na tym wyścigu się nie ścigałem. To nie ten cel. Myślę, że następnym razem, jak się pojawię na Marmocie, to wówczas będę walczyć o dobry czas.

Teraz chciałem zobaczyć, co, z czym się je. Starałem się uniknąć takich błędów, jak chociażby, zbyt mała ilość przyjmowanej wody po drodze, czy też, zbyt mało jedzenia w międzyczasie, bądź spalenie się zaraz na pierwszym podjeździe, który też był ciężki, ponieważ on trwał ponad 20 km jazdy po mokrym asfalcie, przy temperaturze 11°C z prędkością 8-9 km/h. Chłód nie jest wówczas największym problemem a bardziej psychika. Kiedy jest 7-8 rano, kiedy organizm nie jest jeszcze do końca rozbudzony, zimno zaczęło mi przeszkadzać dopiero na pierwszym szczycie, bo tam było 8°C i już po 3-4 minutach postoju na bufecie, człowiek bardzo odczuwa to jak jest zimno. Oprócz tego jest totalnie przemoczony. Jesteście w krótkim rękawku, przemoczeni do ostatniej nitki, jest 8°C, wieje wiatr a przed Wami 20 km, dosyć stromego zjazdu w dół. Dlatego te,ż z tego względu, trzeba się przebrać przed pokonaniem takiego zjazdu, i często zjeżdżanie, po tym względem, jest dużo gorsze niż podjeżdżanie. Wówczas, gdy jest tak niska temperatura, ja wolałbym tych zjazdów unikać, mimo że są to „darmowe kilometry”. Te darmowe kilometry wymagają do człowieka, niestety, sporo techniki. Mi się słabo, akurat tego dnia, zjeżdżało. Brakowało mi koncentracji, myślę też, że troszeczkę demotywowało i dekoncentrowało zimno. Założyłem na siebie bluzę, założyłem kurtkę, komin, rękawiczki długie i dopiero w ten sposób byłem w stanie zjeżdżać, a i tak odczuwałem, że jest mi niesamowicie zimno, właśnie ze względu na to, że człowiek jest, pod spodem, cały przemoczony.

Zaraz po pokonaniu takiego zjazdu, trzeba się przebrać, trzeba zdjąć z siebie, co najmniej, dwie warstwy, żeby dalej ruszać w drogę. Było bardziej płasko, ale to nie oznaczało, że PŁASKO, ponieważ dobre 15 km pokonywałem drogą, która przez cały czas delikatnie się wspinała 2% po wiatr. To wygląda w ten sposób, że jedziecie, tak naprawdę, z prędkością 23-25 km/h, ale jest naprawdę ciężko. Po pewnym czasie człowiek czuje się tym sfrustrowany, że teoretycznie jedzie po płaskim, ale nadal jest ciężko. Stąd też gęsto były rozsiane bufety i po kolejnych 20 km był punkt, w którym można było uzupełnić bidon. Woda tutaj jest najistotniejsza, podobnie jak elektrolity proste, takie, które bardzo szybko się wchłaniają z układu pokarmowego a jednocześnie go nie obciążają, i wtedy można ruszać dalej, pod kolejny szczyt, pod kolejne wzniesienie, przez cały czas regularnie jedząc. Ale wtedy, kiedy już jest cieplej, kiedy wiatr się uspokaja, nie jest to już tak ciężkie. Człowiek, po prostu, przynajmniej w moim przypadku tak to wygląda, że wbijam się w jeden rytm, na nim się koncentruję, i tak naprawdę, to mi wystarczy. Jeżeli ktoś powie, że mam podjechać 1000 m, to podjadę te 1000 m, będę starać się nie narzekać, nie słuchać tego, że zaczyna mnie boleć kolano. Kolana trochę mnie bolały.

Wiele osób mnie pytało, jaki miałem zestaw napędowy przygotowany na ten wyjazd. Postanowiłem, że dla mnie największym wyzwaniem niech będzie tym razem, właśnie to, że nie będę dostosowywać napędu do tego wyjazdu, tylko będę starać się dostosowywać siebie pod ten wyjazd. To oznacza, że z tyłu, moja największa zębatka w kasecie miała 28 zębów a z przodu, mała zębatka miała ich 36. To nie jest specyfika napędu górskiego, ale wtedy, kiedy zastosowałbym nieco lżejszą kombinację, wówczas miałbym, być może takie poczucie, że jedzie mi się za lekko, że owszem, ta kadencja jest wyższa, ale to nie będzie wymagało ode mnie takiego wysiłku.

Lubię sobie stawiać różnego rodzaju wyzwania i dokładnie tak samo było na Zwifcie, kiedy, po raz pierwszy pokonywałem Alp Zwift, kiedy to sobie pomyślałem: a może sobie zmienię ten trainer difficulty na troszeczkę lżejsze, żeby te wzniesienia nie były aż tak twardo odwzorowywane, tylko wirtualnie dorobię sobie jeszcze dwa ząbki, na przykład, na kasecie, czy też dwa mniej z przodu, na małym blacie. Tak mam, tak lubię i wówczas czerpię z tego satysfakcję. Im jest trudniej, tym jest ona większa. Stąd też, odpowiadam na te wszystkie pytania, które tyczyły się tego, czy zmieniałem kasetę przed wyjazdem. Nie i nie robiłem tego specjalnie. Nie żałowałem tego ani na Telegrafie, ani na Glandonie, ani na najwyższym szczycie. Na 2600 m miałem okazję również zawitać, jednakże, przy okazji pory popołudniowej zimno nie było aż tak dokuczliwe. Tym bardziej, że ten podjazd, jest naprawdę bardzo długi, i bardzo wymagający. Jeżeli przesadzimy z podażą mocy w naszych nogach, może się okazać, że na połowie podjazdu musimy się zatrzymać, zrobić sobie przerwę, bo, najzwyczajniej w świecie, zacznie nam brakować wydolności. Zacznie nam brakować tlenu, bo nogi nam przestaną odmawiać posłuszeństwa, bo się zakwasimy i tego trzeba pilnować. Ja też tego bardzo pilnowałem. Praktycznie cały wyścig przejechałem na tętnie 140, nie kręcąc więcej niż 250 W i to było podstawą tego, żeby, po prostu, dojechać. Tak mi się wydaje. Mi zależało na tym, żeby, mimo wszystko, jakkolwiek absurdalnie to brzmi, dotrzeć na miejsce jeszcze z zapasem mocy. Z czego to wynika?

Z tego, że miałem okazję rozmawiać z ludźmi, którzy już kiedyś brali udział w tym wyścigu i kiedy ich pytałem o najczęściej popełniane błędy, okazywało się, że to właśnie ten pierwszy podjazd, i drugi ich dorzynał w taki sposób, że końcowe pokonanie trzeciego, finałowego podjazdu, którym było Alp d’Huez, okazywało się być, niemalże, niemożliwe. Jednak przed tym finałem było 60 km zjazdu, 60 km jazdy z górki. Raz, było to 9% z Galibier, gdzie przez dobre 15 km trzeba było się bardzo mocno trzymać, bardzo mocno się pilnować, żeby nie wpaść w żadną przepaść. Na szczęście asfalt nie był mokry, czego, w sumie, najbardziej się obawiałem, podczas tego wyścigu. Potem okazywało się, że było 2-3%. Przez cały czas jechało się delikatnie z górki. To jest bardzo przyjemne uczucie i to jest bardzo przyjemny odcinek, na którym można spróbować się troszeczkę zregenerować, w międzyczasie stając na jeszcze jednym bufecie posilając się, uzupełniając bidony, żeby nie popełniać kolejnego błędu, który jest w stanie zamordować nie jedną osobę na takiej trasie. Niejedną taką relację słyszałem od osób, które zapominały o przyjmowaniu pokarmów oraz napojów. Po prostu, organizm zaczyna się fizycznie buntować odcinając nam prąd albo pojawiają się wtedy jakieś niesamowite skurcze, na skutek odwodnienia, tak dla przykładu.

Samo Alp d’Huez, miałem już okazję jechać troszeczkę na luzie psychicznym, bo wiedziałem, że to jest ostatni podjazd. Trochę bardziej go znałem, jeżeli chodzi o jego specyfikę, długość. Miałem okazję go sobie podzielić w głowie na takie etapy przez co miałem okazję poczuć się szczęśliwy, że to nie było tak mordercze jak na początku mi się wydawało, choć oczywiście trudne.

Wiele osób, na początku, mi odradzało start w tej imprezie. Wiele osób odradzało mi start na kasecie 28, że to będzie ultra trudne albo niewykonalne. Na szczęście nie było aż tak źle jak początkowo myślałem, bo obawiałem się, czy faktycznie dam radę to przejechać. Tak samo, jak się obawiałem tego, jakie warunki pogodowe będą, bo największym absurdem, z jakim można się spotkać, to pogoda w górach. Okazuje się, że każda prognoza pogody, nawet ta godzinowa, absolutnie się nie sprawdza. W górach pogoda jest losowa i jeżeli jest informacja, że będzie padać, to może padać zarówno o 9 rano jak i również o 9 wieczorem i na to się nie ma kompletnie wpływu. W ciągu 20 min. pogoda może się zmienić diametralnie, pomimo tego, że Wasz telefon mówi, że aktualnie świeci słońce. Tym bardziej ciężko jest prognozować 2000 m n.p.m. prognozy, ponieważ często, przekraczamy, w tej sytuacji, wysokość chmur i w samych tych chmurach mogą czaić się różne rzeczy. Tam temperatura może spaść o 10°C, tam może zacząć lać, a niektórzy mówią, że mieli okazję brać udział w tych zawodach, kiedy na szczycie Galibiere znajdował się śnieg. Podjechać to pół biedy. Gorzej w takiej sytuacji zjechać, tym bardziej, jeżeli jest się tak czułym na chłód, jak w moim przypadku. Upał wytrzymam. Mogę podjeżdżać nawet przy 40°C i będzie to dla mnie bardziej komfortowe niż zjeżdżanie przy 5°C, albo zjeżdżanie przy 10°C wtedy kiedy pada deszcz.

To była moja największa obawa, że nie dam rady tego przejechać, ze względu na potworne zimno. Na zjazdach człowiek ma okazję zyskiwać inną skalę. Przypomina mi się jeden z takich wyjazdów, bodajże do Bielska, i kręcenie pętli wokół tamtejszych pagórków w końcu października 2019 r., gdy okazało się, że prosta, nieprzemakalna, wiatroszczelna kurtka grubości folii jest w stanie uratować człowieka, bo inaczej, wpadłby naprawdę w hipotermię. Na dłuższym, 20 min. zjeździe człowiek wychładza się niesamowicie. Każda kończyna, i każdy jeden centymetr ciała woła o ciepło. W pewnym momencie macie tak zgrabiałe nogi czy ręce, że nie jesteście w stanie pedałować i hamować. To jest chyba najbardziej nieprzyjemne uczucie w całym kolarstwie. Z tego względu, ogółem, unikam jazdy na rowerze, kiedy temperatura spada poniżej 10°C, bo ja tego niesamowicie nie lubię. Mój organizm tego nie lubi, zwłaszcza od momentu, kiedy miałem okazję nieco schudnąć.

Nie mniej, na szczycie Alp d’Huez znajdowała się meta, to był 170 km. Przejechanie całego tego dystansu zajęło mi 11 godzin, ale zrobiłem to w sposób krajoznawczy, zatrzymując się wszędzie, gdzie jest to tylko możliwe, i wszędzie, gdzie tylko mogłem nakręcić jakieś ujęcie dla Was, starałem się to zrobić, z myślą o tym, żeby zmontować dwuodcinkową relację na You Tubie. Pierwsza część jest już obecna na tej platformie a za tydzień pewnie pojawi się kolejna i będziecie mogli doświadczać tych niesamowitych widoków, jakie tam były. Tam aż żal jest się spieszyć, i z tego też względu tego nie robiłem, stąd tak niskie tętno, stąd tak mało porywające wartości, jeżeli chodzi o waty.

To wideo zakończyłem z taką myślą, że gdyby nie Wy, gdyby nie sklep Prawie.PRO, gdyby nie kolarstwo, gdyby nie sport, to to wszystko by się nigdy nie udało. Nie miałbym czasu, żeby się zaangażować w takie wyjazdy. Nie miałbym pieniędzy na to, żeby ponosić koszty związane, chociażby, z dojazdem na miejsce, powrotem czy zakupem pakietu za 100 euro.

To jest wspaniałe, że Wy, moi widzowie, moi słuchacze, tak naprawdę sponsorujecie mój sport, moją pasję. I to jest wspaniałe, i przy każdej jednej okazji będę Wam za to DZIĘKOWAĆ.

 

 

Prawie.PRO Made in Poland

139,99 
Koniec serii
328,99 
PRO
389,99 
549,00 
16,99 
328,99 
84,99 
499,99 

YouTube Prawie.PROWszystie filmy

Leszek Prawie.PRO
Leszek Prawie.PRO
Po powrocie z wyścigu Marmotte we Francji i przejechaniu 5000 m wzniosu w Alpach (43)
/

Poznaj kolekcję Prawie.PRO

Przeczytaj również:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *