Leszek Prawie.PRO
Leszek Prawie.PRO
Dobiegłem do mety, choć bliski byłem rezygnacji (39)
/

Po raz kolejny udowadniam sobie, że nie warto się poddawać. Nawet jeśli po drodze wszystko jest nie tak. Pomimo ataku paniki, pomylenia trasy czy utraty kamery. Wszystko w 73 minutach walki na triathlonie.

Jeśli ten podcast okazał się dla Ciebie przydatny, a chcesz wesprzeć moją działalność to zapraszam do mojego sklepu na https://www.prawie.pro oraz Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/

Cześć.

Tutaj Leszek.

Miało być wideo, ale w sumie będzie podcast. Zacząłem montować niedzielną relację z mojego triathlonu w Elblągu, gdzie znowu przekonałem się o tym, że po drodze, naprawdę wiele różnych rzeczy może pójść nie tak, ale jednak mimo to, nie warto się zniechęcać: i w sporcie, i w życiu i w domu, w każdym tym obszarze, nawet, jeżeli zdarzy nam się potknąć, pomylić drogi, będzie trzeba zawrócić, to jednak mimo wszystko, warto jest zawsze walczyć do końca. Pomimo tego, że naprawdę, pojawiają się u mnie, bardzo często, głosy, pytania: po co? No właśnie. A potem znowu udowadniam sobie, że warto było zagłuszać to pytanie i nie odpowiadać sobie na nie, tylko, po prostu, lecieć dalej.

Wiecie jak było w ubiegłą niedzielę?

Ja obudziłem się w dniu startu i już wiedziałem, że to nie jest mój dzień. Nie wiem, z jakiego powodu. Czasami mam tak, że taki ogólny poziom lęku, czy też stresu, pewnego dnia będzie wyższy niż wczoraj i niż jutro. Nie mam na to kompletnie wpływu. Jedyne, co mogę zrobić to dbać o odpowiednią ilość snu, nie przejadać się, ponieważ to też obciąża nasz organizm, przez co, moim zdaniem, ciężej się regeneruje, takie są moje osobiste obserwacje. Czasami to wynika po prostu z nie takiego ciśnienia, czy z nie takiej pogody, czasami zdarzy się nam wstać lewą ręką albo nogą. Różnie to w życiu bywa, i nie zawsze, i nie codziennie jest idealnie. Jednego dnia, przed zawodami, absolutnie się nie przejmuję, czuję lekki stres, taki delikatnie mnie motywujący, determinujący do tego żeby się bardziej postarać albo bardziej skoncentrować, a czasami pojawia się lęk, który jest wręcz paraliżujący, sprawiający, że po prostu, od samego rana trzęsą mi się nogi i to nie jest, tylko i wyłącznie przenośnia. To jest dosłowne zjawisko, które się u mnie pojawja – naprawdę trzęsą mi się nogi ze strachu. I tak było też w niedzielę. Ja wiedziałem chwilę przed startem, przed wejściem do tej wody, że nie będzie łatwo, że to będzie jeden z trudniejszych startów i to była pierwsza taka myśl, która się pojawiła tego dnia: po co, Leszek, po co? Daj sobie spokój chłopie, wracaj do domu. Ale wiem, że gdybym sobie chociaż raz pozwolił na to żeby odpuścić to za każdym następnym razem przychodziłoby mi to łatwiej i tego się boję.

Pojawił się pierwszy gong, pierwszy dzwonek i wskoczyłem do tej wody. Chwilę później ktoś, dosłownie, wskoczył mi na głowę, troszeczkę mnie podtopił a potem już było tylko gorzej. Po pierwszych 100 m musiałem się zatrzymać, ponieważ przechodził przeze mnie atak paniki, to coś co nie zdarza się zawsze i coś, co nie miało już miejsca od dawna, ale akurat tego dnia się pojawiło, bo strach, lęk, agorafobia i każde tego typu zaburzenie, atakuje wtedy, kiedy jesteśmy najbardziej osłabieni. To jest wstrętna choroba. Ona zawsze znajduje najmniej odpowiedni moment do tego, żeby zaatakować, bo atakuje w najmniej oczekiwanej chwili. Wtedy, kiedy będzie nam najtrudniej z tym walczyć. To trwało może 30 s, może minutę, gdzie faktycznie musiałem uciekać od ludzi gdzieś na bok, położyć się na plecy, wziąć kilka głębokich oddechów i powiedzieć temu atakowi paniki: ok, bierz mnie.

To jest taka moja technika walki z tym lękiem. Powinienem pozwolić sobie na to, żeby on przyszedł, zaatakował mnie z całą swoją stanowczością, sparaliżował moje ciało, mój umysł, po chwili, mam nadzieję, odpuścił i pozwolił mi płynąć dalej. I tak się wtedy stało, w niedzielę. Miałem okazję przepłynąć kolejne 200 m i zdarzyło się coś, co się jeszcze nie zdarzyło – dwa ataki paniki podczas jednego startu. Słabe. Bardzo słabe. Tak jeszcze nigdy nie miałem. Nawet w Gdyni dwa lata temu na Ironmanie podczas sztormu, doświadczyłem jednego ataku paniki, ale po chwili przyszło takie rozluźnienie. To jest bardzo fizyczna reakcja mojego organizmu, przychodzi ten lęk, przychodzi moment napięcia, osiąga on swój szczyt i odpuszcza, ale jak odpuszcza to w sposób bardzo gwałtowny, trochę podbijając moją pewność siebie, przynajmniej chwilowo. A to się zdarzyło dwukrotnie, dwa interwały takie. Wtedy, kiedy pojawia się ten atak lęku, moje tętno szybuje w kosmos, wynosi wtedy 170 uderzeń/min., zaczyna mi brakować powietrza, kręci mi się w głowie, mam wrażenie, że tracę kontrolę nad umysłem i tracę kontrolę nad moimi kończynami, nad ciałem. To jest też taki moment, kiedy człowiek zaczyna walczyć, żeby, przykładowo, nie zacząć krzyczeć do ratownika, żeby mnie wyciągał. I pojawiło się bardzo fajne porównanie, które tyczy się klaustrofobii, że przy klaustrofobii bardzo są podobne reakcje ludzi: wypuście mnie stąd. To właśnie tak, jakby ktoś mnie zamknął na 8 min. w trumnie i są takie dni, kiedy bym to zniósł, wiedząc oczywiście, że po drugiej stronie ktoś jest, i że w każdej chwili mogę nacisnąć magiczny przycisk, który przerywa to wyzwanie. Zawsze, kiedy pojawia się atak paniki jestem bliski naciśnięcia tego przycisku game over. Ja mogę z tej wody wyjść, ale to będzie game over.

Nie wcisnąłem tego przycisku. Dziękuję sobie, swojemu umysłowi i wykształconej technice walki z czymś takim, ale naprawdę, atak paniki jest jedną z najmniej przyjemnych rzeczy jakie można doświadczyć w życiu, jeżeli chodzi o reakcje naszego organizmu. Absolutnie ciężko jest to określić komuś, co się przeżywa w takim momencie, wtedy, kiedy ktoś nie doświadczył czegoś takiego. Niektórzy mają to w sytuacji, kiedy cierpią na lęk wysokości, klaustrofobię, lęki związane, chociażby, z pająkami – arachnofobię. Jest mnóstwo fobii i każda fobia, bardzo często prowadzi do ataków paniki w sytuacji, kiedy stajecie oko w oko z własnym demonem.

To był pierwszy etap tej potyczki w Elblągu. Wyszedłem z wody po 10 min. i pobiegłem do strefy zmian, wraz ze swoim rowerem, na którym postanowiłem odrobić te stracone, mniej więcej 2 min. Ja powinienem wyjść z wody po 7 – 8 min. tylko płynąc, nie walcząc po drodze. Tak przynajmniej wynika z moich treningów. Na rowerze poszło już mi, oczywiście dużo lepiej. Po drodze łyk kofeiny, po drodze trochę tauryny, nawodniłem się, uspokoiłem i skoncentrowałem na mocy – równym oddawaniu 260 –270 W i nie patrzeniu na prędkość. W pewnym momencie zauważyłem, że jest szansa, tego dnia, żebym cały ten dystans przejechał ze średnią 40 km/h, jednakże, po 16 kilometrze rozstała się ze mną moja kamera, którą rejestrowałem, zresztą jak zawsze, relacje z moich zawodów, z tego etapu kolarskiego. To też jest bardzo śmieszna historia, ale pogodziłem się z utratą tej kamery. Trochę mniej pogodziłem się z tym, że nie będę miał jak zmontować relacji, wtedy, kiedy nie będę miał tego, co dla większości z nas jest najciekawsze, czyli zapisu trasy kolarskiej. I znowu musiałem podjąć bardzo szybką decyzję – zatrzymuję się i zawracam po nią, tracąc czas i jednocześnie stwarzając zagrożenie na trasie, ponieważ, w tym momencie, na tym etapie, było mniej więcej 100, może 200 osób, czy jechać dalej? Już wiedziałem, że po 10 sekundach tego zastanawiania się, już jest za późno, żeby po nią zawracać. Trudno. Zdaję sobie zawsze z tego sprawę, że ten sprzęt pracuje i czasami, po prostu będzie on musiał zostać poświęcony na rzecz sportu. Nie wiem do dziś, czy podjąłem dobrą czy złą decyzję, że się po nią nie zatrzymałem.

Wbiegłem na strefę zmian po dosyć długim dobiegu od belki do strefy, przebrałem się, pobiegłem nie w tę stronę, straciłem ze 100 – 200 m więc jakieś 10 – 20, może 25 sekund na zawracanie, co oczywiście znowu podniosło mi tętno, gdzie na stres, mój organizm znowu zaczął pożytkować więcej energii niż powinien, wysysając ze mnie wydolność, po prostu. Stres obniża tę wydolność, ponieważ niektóre bicia serca idą na zasilanie, właśnie naszego strachu, lęku, wstydu, wielu różnych takich rzeczy, które przewijają się przez naszą głowę.

Bieg też był ciężki, bo w dosyć sporym upale, i był to zmęczony bieg. Każdy krok stanowił dosyć spory wysiłek i z każdym krokiem odliczałem metry do końca tej potyczki. Wtedy też sobie myślałem, że dobrze, że czasem zdarza mi się biegać w upale, jeździć w upale i nie słuchać ludzi, którzy mówią, że przesadzam umawiając się na rower o 12.00 przy 35°C, czy biegając o 16.00 przy 34°C. W takich sytuacjach naprawdę to się przydaje, bo w innym wypadku, można wykitować. Mówię Wam serio.

Dobiegłem do mety i wkurzyłem się troszeczkę, bo znowu zrobiłem, trzeci raz z rzędu wynik 73 minuty. Nie 72 min. Śmieszne. To jest klątwa tych 73 minut. Ale już nie myślałem o straconej kamerze, przestałem myśleć co spotkało mnie w wodzie, po prostu cieszyłem się z tego co najważniejsze, że dobiegłem do tej mety i znowu pokonałem siebie i zacząłem sobie odpowiadać na to pytanie, że OK, tak, to był znowu ten trening charakteru. Jeżeli poradziłem sobie ze wstydem, i jeżeli ja poradziłem sobie z tymi lękami, to jestem sobie w stanie poradzić z naprawdę różnymi rzeczami i o wiele mniej różnych czynników będzie wpływało na zmniejszenie mojego komfortu życiowego. Bo tak często jest. Z im cięższymi rzeczami w życiu zdarzało nam się walczyć, tym mniej potem przejmujemy się pierdołami. Naprawdę. To jest właśnie takie hartowanie charakteru, albo hartowanie naszego spojrzenia na życie, i wtedy też, często, podaję taki przykład wyjazdu, najbardziej chyba hardcorowego w moim życiu, służbowo do Indii. Jakbym był tam turystycznie, to bym uciekał, gdzie to, okazuje się, że Polska wcale nie jest takim złym miejscem do życia i do mieszkania. Na naszych drogach też nie jest aż tak strasznie. Tak samo działa, moim zdaniem, wizyta w toytoyu przed zawodami; to też jest trening charakteru i to też jest hartowanie naszego patrzenia na rzeczywistość, po prostu. Dużo mniej rzeczy nam wówczas przeszkadza na co dzień.

Co najlepsze, po mniej więcej dwóch dniach, na moim Instagramie odzywa się do mnie Mateusz, który mi mówi, ze kolega kolegi, znalazł moją kamerę, ponieważ odtworzyli zawartość karty pamięci i okazało się, że wiedzą kto to jechał. Serdecznie im wszystkim dziękuję i też zaproponowałem rekompensatę, znaleźne nie tylko za kamerę, jako samo urządzenie, ale przede wszystkim, uczciwość, bo ta kamera nie była, w żaden sposób zabezpieczona. Ona nie była w żaden sposób, chociażby zarejestrowana przeze mnie, jako kradziona w jakimś systemie onlinowym, nie byłoby, i nie ma po niej, tak naprawdę, śladu w tej sytuacji. To nie jest telefon komórkowy, jak chociażby Iphone, którego można zblokować zdalnie, albo zdalnie śledzić jego lokalizację, nawet teoretycznie, po wyczerpaniu baterii. Więc WIELKIE, CHOLERNE BRAWA ZA UCZCIWOŚĆ I ZA DOBRE SERCE, że komuś się chciało zgrać zawartość tej kary pamięci, że komuś się chciało ją wysłać. To jest po prostu niesamowite i też będę chciał te osoby jakoś wyróżnić w tej relacji, pokazując to, jak dużo wokół nas jest dobrych ludzi, którzy w sytuacjach nieprzewidywalnych często, okazują się ostoją, co jest strasznie deficytowe, bo większość z ludzi we współczesnym świecie, to są straszni egoiści.

Za każdym razem o tym się przekonuję na każdych jednych zawodach. Po przebiegnięciu przez metę, kiedy pojawia się ogrom satysfakcji, pojawia się wokół mnie mnóstwo uśmiechniętych ludzi. Odkrywam mnóstwo nowych twarzy, niesamowitych charakterów i ludzi, którzy mentalnie są braćmi i siostrami. To jest naprawdę fenomenalne i wtedy mogę też się przekonywać o tym, jak wiele w nas, sportowcach amatorach, jest empatii. Jak rzadko spotykam ludzi, którzy się napinają, jak rzadko spotykam ludzi, którzy grają nie fair, jak rzadko spotykam ludzi, którzy by wywyższali się. To są takie rzeczy, których najbardziej nie lubię. Za to, najbardziej ujmuje mnie to, że pomimo rywalizacji jest tak dużo osób, na które można liczyć na każdej takiej imprezie, gdzie jest bardzo dużo dopingu, gdzie często ludzie dopingują swojemu rywalowi. Jak śmiesznie by to nie brzmiało.

Nie mniej, 37 miejsce open, 10 miejsce w mojej własnej kategorii wiekowej. W życiu bym nie pomyślał, że pomimo tego, że tak wiele rzeczy poszło nie tak, jednak mimo wszystko, ten wynik nie będzie aż taki zły. To jest kolejny dowód na to, że nie warto nigdy się poddawać. Zawsze warto jest grać do końca, pomimo tego, że uważamy, że wszystko jest już stracone albo, że już jesteśmy na granicy, albo kiedy mówimy sobie: ja już nie mam siły walczyć. Nie. Już kilka razy sobie to udowodniłem, nie tylko w sporcie, nie tylko na zawodach, ale za każdym razem, kiedy pojawiały się najbardziej niesprzyjające, nieprzewidywalne sytuacje w moim życiu, i w pracy, i po prostu w moim sercu.

Jak wiele razy już chciałem się poddawać, a mimo to, okazywało się, że warto spróbować, i że można jeszcze wszystko przekuć na sukces – każdą porażkę, każdy błąd, każdy moment, kiedy czujecie wstyd wobec siebie i wobec innych. To jest niesamowite i dlatego zawsze warto walczyć do końca i bez względu na to czy jest to odchudzanie, bez względu na to, czy są to niepowodzenia w robocie, bez względu na to, czy to są zawody i bez względu na to, czy wydarzy się to na samym początku czy 10 metrów przed metą.

Dzięki.

Cześć.

Prawie.PRO Made in Poland

43,99 
-9%
Koniec serii
299,99 
289,99 
PRO
389,99 
75,99 89,99 
-7%
279,00 
-14%
42,99 
-12%
1499,00 

YouTube Prawie.PROWszystie filmy

Leszek Prawie.PRO
Leszek Prawie.PRO
Dobiegłem do mety, choć bliski byłem rezygnacji (39)
/

Poznaj kolekcję Prawie.PRO

Przeczytaj również:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *