Na jesieni zdecydowanie motywacja spada. To wina pogody. Wszyscy robimy się tacy nieco „pluszowi”. Tymczasem trzeba zrzucić „skorupę” lenistwa by odkryć, że w rezultacie mamy w sobie ukryty w dziś potencjał. Możemy nawet bić rekordy!

Dziś nie miałem w planach jazdy. Jednak znów zadzwonił telefon i padła propozycja wcześniejszego urwania się z pracy, tym bardziej, że temperatura wygląda dość korzystnie.

Jak tylko dojechałem do domu to z 15 kresek zrobiło się nagle 9. Dlatego dzisiaj dwie warstwy plus Buffka dla ochrony szyi. Bez względu na porę dnia nie można też zapominać o ochronie oczu. Przyznam Wam, że mój kolarski kryzys trwa nadal. Dzisiaj czuje się wyciągany na siłę. Mentalnie się nastawiłem na to, że nie będę jeździć. Jednak jestem mało asertywny w relacjach koleżeńskich. Czekam na kumpla, poświęcam minutę na doregulowanie tylnej przerzutki, bo na niektórych biegach napęd trochę głośno pracuje.

Jest 20, jest i Paweł, który od razu na wstępie mi mówi, że rekordów dziś nie będziemy bić. Po krótkiej rozgrzewce jednak zmienił zdanie. Tak jest zawsze i o tym mówiłem też Wam wczoraj – w momencie kiedy człowiek się zmusi i w końcu wsiądzie na rower diametralnie zmienia się nasze nastawienie i samopoczucie. Wraca wigor i uśmiech na dziubie.

Wylatujemy z Konstancina i znów pokonujemy ten sam 52 kilometrowy segment kontrolny. Pamiętamy o zmianach, bo tylko w taki sposób możemy jechać po pierwsze nieco interwałowo, a po drugie finalnie wykręcić lepszy czas. W tym momencie największym wrogiem jest chłód, a tak naprawdę bardzo zmienna temperatura. W mieścinach jest około 11 stopni, a poza zabudowanym 8. Komfort termiczny osiągnąłem dopiero wraz z pierwszą hopką o nachyleniu 7%.

Przelatujemy przez Górę Kalwarię i niestety tutaj łapią nas światła, a czas leci. Mało tego, w międzyczasie zgubiłem Pawła. Ja zawsze mam katastroficzne myśli, że coś mu się stało. Na szczęście okazało się, że tylko stracił przednią lampkę i musiał się na chwilę zatrzymać. Ehhh, będzie trzeba nadrobić stracony czas.

Dużo jest pytań o sens skupiania się na liczbach. Jedni mają radość z samej jazdy, inni z cyferek. Mnie kręci jazda typowo treningowa, rywalizacja ze samym sobą. Mogę się cieszyć z najmniejszych nawet postępów. Tak samo jest nawet jak jadę z kimś. Mamy swój prywatny segment, a mnóstwo satysfakcji daje nam poprawianie na nim czasu.

Tak dotarliśmy do połowy dystansu. Jest 26 kilometrów i pora podkręcić tempo powrotne. Znów docieramy do Góry Kalwarii a średnia wciąż się poprawia. Jest dużo lepiej, niż ostatnio.

Po drodze jest jednak jedna 7 procentowa hopka przez którą po prostu trzeba przelecieć bez łapania zadyszki. Po prostu trzeba się tutaj rozpędzić, potem stanąć na pedałach i dokręcić ostatnie 200 metrów na szczyt.

Udało się, jesteśmy dalej w planowanym czasie. 53 kilometry w 1.31 h. Jest lepiej, niż wczoraj, mimo, że nic nie zapowiadało dzisiaj lepszej formy. Subiektywnie przed wejściem na rower czułem się dużo słabszy, bardziej zmarnowany i bez motywacji. Dlatego powrócę do ostatniego stwierdzenia – im bardziej Ci się nie chce, tym bardziej powinieneś. Smutki i troski miną wraz z pierwszymi kilometrami.

Szczegóły całego treningu znajdziecie na  Strava.

 

Jedna opinia na temat „Wszystko się zmienia kiedy wsiadam na rower: O motywacji ciąg dalszy

  1. Adamson

    Im bardziej się nie chce, tym bardziej powinieneś? Ryzykowna teza. Zwłaszcza w obliczu faktu, że forma de facto rośnie właśnie wtedy kiedy odpoczywamy. Na nic mocne treningi jeśli nie będzie regeneracji a jak organizm nie chce to najczęściej jest niewystarczająco zregenerowany. Kwestię spalania się na interwałach w październiku, który powinien być spędzony na luzowaniu nogi i łapaniu świeżości przed zimowym okresem przygotowawczym pozostawię bez komentarza. Ale z tego co piszesz, jeździsz typowo treningowo dopiero od niedawna, po paru sezonach wyciągniesz wnioski. Więcej mocniej nie zawsze znaczy lepiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *